piątek, 25 września 2015

Rozdział 4 ~~ Who is my Salvatore?

Jest coś takiego. Tylko. Mam pomysł na opowiadanie, ale zero chęci by przysiąść i wszystko spisać.

*****
Alucard gdzieś się zapodział i bardzo dobrze, nie miałam ochoty znosić jego obecności. Jednakże Waltera też nigdzie nie dostrzegłam. Bez przeszkód doszłam do drzwi wejściowych i już sięgałam po klamkę, gdy nagle oplótł ją jakiś ciemny cień. Zmarszczyłam brwi i zatrzymałam rękę w połowie ruchu. Chwilę potem cień rozszerzył się coraz bardziej aż przyćmił zarys drzwi. Spośród ciemnych kształtów wyłonił się wampir, a ja gwałtownie  odskoczyłam odziemnej masy. Wampir zaśmiał się wkurzająco na moją reakcję.
- Źle. Wróć. – nakazał.
- Co Ty tu robisz? Daj mi wyjść, mam pozwolenie.. – zaczęłam twardo czując jak niedawne szczęście powoli mnie opuszcza zastępowane niepewnością i strachem.
- Podejdź tu – kiwnął na mnie palcem. Zmarszczyłam brwi i założyłam ręce na piersiach. Nie podejdę do niego z własnej woli. Za żadne skarby świata. Chcę już wyjść do cholery!
            Wampir westchnął teatralnie i pstryknął palcami a ja poczułam jak coś oplata moje nadgarstki. Zerknęłam w dół by ujrzeć parę cienistych więzów. Chciałam zaprotestować, ale uciszył mnie nakładając cień na moje usta. Miałam wrażenie jakby mi je zszył. Mimo wszystko to mnie nie bolało..
- Idziemy – zakomenderował ruszając w stronę jednej z kotar wiszącej na ścianie holu. Zaparłam się nogami w ziemi, ale on pociągnął mnie za sobą cieniami, z którymi nie miałam żadnych szans. Spojrzałam na jego sylwetkę z mieszaniną strachu, nienawiści i pogardy. Dosłownie wlokąc mnie za sobą, wampir odsunął kotarę i wszedł w ukryty za nią korytarz. Nie było tu żadnego okna, a jedynym źródłem światła były pochodnie wiszące na ścianach. Dawały słaby, ciepły blask padający na nasze sylwetki i oświetlały pyłki kurzu w powietrzu wybijane do góry z posadzki przez nasze buty. Korytarz był widocznie zapomniany i w ogóle nie uczęszczany. Alucard dobrze to zaplanował - nie było szans na to że ktoś mógłby nam tu przeszkodzić.
- Podejrzewałem że możesz protestować, stąd cieniste szwy na ustach, nie chce mi się słuchać teraz twoich krzyków. – powiedział wciąż odwrócony ode mnie. Szarpnęłam się niepewnie w cienistych więzach, ale gdy spróbowałam wyswobodzić nadgarstek, cień mnie zranił. Jęknęłam bezgłośnie – było to bolesne jak oparzenie.  Wyczuwając to Alucard odwrócił się ku mnie z krzywym uśmiechem na ustach i zmrużonymi oczami.
- Myślałaś.. – zaczął i ledwo dostrzegalnie zrobił ruch dłonią w powietrzu. Cienie oplotły teraz także moje przedramiona i ramiona odrzucając mnie na ścianę tak mocno i szybko, że aż zaparło mi dech w piersiach. – …że puszczę cię tam bez żadnej ochrony, bez żadnej sposobności wiedzy co się aktualnie z tobą dzieje? Błąd. – przekrzywił głowę pochodząc do mnie i patrząc na moje ciało tak jak znawca sztuki ocenia artystyczne dzieło. Przełknęłam ślinę. Na Anioła, co on zamierza zrobić??? Spanikowana chciałam odsunąć się, gdy wyciągnął ku mnie rękę, ale cienie skutecznie uczyniły mnie bezwolną. Teraz unieruchomił mi nawet stopy tak bym nie mogła się ani ruszyć ani go kopnąć (na co nie ukrywam miałam ogromną ochotę, mimo że wiedziałam iż jest to głupie i bezcelowe).
            Wampir tymczasem nie zwracając uwagi na moją niemrawą próbą wyswobodzenia się  przyglądał mi się zamyślony. Jego wzrok błądził gdzie w okolicach moich obojczyków. W końcu pochylił się o odgarnął mi włosy  z lewego ramienia.
- Odwróć głowę – rozkazał jednocześnie dwoma palcami dotykając mojego policzka i  przesuwając moją głowę w moją prawą stronę. Zadrżałam czując jego chłodne ręce na skórze najpierw twarzy, a potem obojczyków. Wtem dotknął mnie czymś zimnym; poczułam  mrożący chłód na lewym ramieniu. Nie miałam odwagi ani możliwości odwrócić ku niemu głowę, by zobaczyć co robi, szarpnęłam się tylko i wydałam cichy bezgłośny jęk protestu.
- Nie ruszaj się – warknął. Za chwilę poczułam okropny ból w miejscu gdzie dotknął mnie czymś jakby lodem. Teraz odczułam wrażenie jakby lodowe igły wbijały mi się w skórę. Gdybym mogła, wydarłabym się na cały Hellsing.
            Po chwili wampir odsunął się ode mnie, a ja zerknęłam na moje lewe ramię. Z wrażenia niemal opadła mi szczęka. Zobaczyłam znak, coś jakby tatuaż. Popatrzyłam  na wampira pytająco.
- Masz na skórze mój znak, teraz będę wiedział  jak, gdzie, kiedy i co  się z tobą dzieje. Taka mała konieczność – wyszczerzył się. Spojrzałam na niego z niechęcią. On zaś ponownie szybko przybliżył się do mnie i oparł dłonie na ścianie po obu stronach mojego ciała. Znów popatrzyłam na niego z lękiem, zastanawiając się co jeszcze chce mi zrobić. Alucard natomiast  tylko oznajmił cichym głosem:
- Moc wiążąca mnie z Hellsing słabnie. Słabnie od nocy gdy zabrałem cię ze sobą. I nawet nie myśl że będziesz w stanie o tym komukolwiek powiedzieć. – dokończył uśmiechając się wyniośle i prostując się. Gdy na niego spojrzałam, po raz pierwszy mogłam dostrzec w nim obraz dawnego arystokraty. Patrzył na mnie z władczym błyskiem w oku, z ciemnymi kosmykami włosów opadających na kark i twarz. Stał pośród ciemności, wśród  wirujących pyłkach wiekowego kurzu, na tle kamiennej ściany, oświetlonej blaskiem najbliższej pochodni; światło padało również na sylwetkę wampira, czyniąc go jeszcze bardziej tajemniczym. Mimo że czułam do niego jednocześnie strach i niechęć, musiałam przyznać: jego postawa budziła respekt. Obdarzył mnie krótkim uśmieszkiem i rozpłynął się w ciemnej mgle zabierając więżące mnie cienie ze sobą.
***
            Kaszląc, opadłam na kolana na zakurzoną kamienną posadzkę. Pobieżnie zerknęłam czy na rękach i nogach nie mam śladów oparzeń, ale cienie nie zostawiły żadnych widocznych znaków. Potem powoli przeniosłam wzrok na tatuaż. Wyglądał jak herb rodowy. Był na nim przedstawiony wilk, a dokładniej jego pysk, gwiazdy i jakiś napis runiczny na cienkiej wstędze na dole. Na górze miał skrzyżowane ze sobą dwa miecze, a całość okalały ozdobne wzory. Musiałam przyznać, że herb był niczego sobie, podobał mi się.
            Otrzepałam się pobieżnie i wyjrzałam delikatnie zza kotary na główny hol. Nikogo nie zauważywszy prawie biegiem dopadłam do dębowych drzwi. Otworzyłam je i z hukiem zatrzasnęłam za sobą. Oparłam się o nie na zewnątrz oddychając szybko. Powoli zerknęłam na swoje odbicie w szybie okiennej niedaleko drzwi. Z zaskoczeniem stwierdziłam że nie mam nawet potarganych włosów. Zero śladów tak jakby sytuacja sprzed paru minut nigdy się nie wydarzyła. Odsunęłam rękaw bluzki. Znak nadal tam był. Mroczny, ale piękny, trwale we mnie wyryty.
            Rozglądając się na boki ruszyłam pod bramę, gdzie czekał na mnie czarny samochód z przyciemnionymi szybami. Wsiadłam i opadłam na siedzenie. Walter nijak skomentował moje spóźnienie.  Z ulgą patrzyłam na mijane drzewa i krajobraz oddalający mnie coraz bardziej od siedziby Hellsing. Pamiętam, że nie mogę powiedzieć nikomu o tym co się aktualnie ze mną dzieje. Musiałam wymyślić jakąś wiarygodną bajeczkę. Zacisnęłam usta. Kłamstwo nie było mi obce, a w udawaniu prawdy byłam mistrzem. Z krzywym uśmiechem pomyślałam o tym, że Loki – nordycki bóg kłamstw i bohater moich ulubionych filmów Marvela mógłby być ze mnie dumny.
            Oparłam głowę o szybę. ,,Moc wiążąca mnie z Hellsing słabnie” - huczało mi w głowie. Cholera jasna, chyba przyczyniłam się do uwolnienia tego sadystycznego potwora z ograniczających go wiekowych więzów.. Jak to się stało? Co teraz zrobi? Nie będę próbowała jednak powiedzieć o tym komukolwiek. Jeszcze pojawi się nagle w kłębach dymu i z miejsca od razu wyrwie mi język albo zaszyje usta, tym razem trwale. Wzdrygnęłam się i obciągnęłam rękaw koszulki na lewym ramieniu.
            Instruowałam Waltera jak ma dojechać do Instytutu. Krążyliśmy po centrum Londynu aż zatrzymaliśmy się na ulicy niedaleko wielkiej gotyckiej katedry niewidocznej dla oczu zwykłych śmiertelników.
- Przyjadę za jakiś czas, zadzwonię. – usłyszałam Waltera.
- Okay – mruknęłam bezmyślnie wpatrując się w złocisty dach Instytutu przebijający się pośród normalnych budynków.
            Prawie uciekłam z samochodu. Szybkim korkiem doszłam do bramy, przekroczyłam ją i ruszyłam do drzwi. Rozluźniłam się gdy weszłam na znajome, szare, betonowe schody. Pociągnęłam za złoty dzwonek który wydał głośny ale śpiewny dźwięk. Naraz rozległy się czyjeś kroki, a ciężkie dębowe drzwi otworzyły się. Zza nich wyjrzała twarz Matta. Uśmiechnęłam się widząc jego złociste oczy oraz zmierzwione blond włosy, jak zwykle zaczesane do tyłu. On zaś zmierzył mnie zszokowanym spojrzeniem i otworzył lekko usta.
- Hej Matt – powiedziałam z bladym uśmiechem. Musiałam wyglądać żałośnie.
- Katy – odezwał się w końcu łamiącym się głosem – myśleliśmy, że nie żyjesz! Że zostałaś w fabryce, a ghoule..
- Żyję, żyję, spokojnie, ja tylko.. – zaczęłam wyjaśnienia, ale przerwał mi zamykając mnie w mocnym, niedźwiedzim uścisku. Odwzajemniłam po chwili powitanie wtulając nos w jego ramię. Uśmiechnęłam się czując znajomy zapach jego perfum.
            Wtem zawiał silny wiatr zdmuchując mi część włosów na twarz.
- Wejdźmy do środka – powiedział Matt odsuwając się ode mnie, nie puszczając mnie jednak całkowicie  – Jesteś cała zimna.
*** 
            Siedziałam w salonie Instytutu z kubkiem herbaty dłoniach i już swoich ubraniach – stokrotkowej granatowej spódnicy z czarnym paskiem i złotą klamrą, czarnej podkoszulce i beżowym rozpinanym swetrze. Obok mnie na kanapie siedziała Isabelle, a Matt stał oparty o kominek. Nie byli oni rodzeństwem. Właściwie byliśmy zbiórką dzieciaków które zostały albo znalezione, albo odebrane własnym rodzicom. Dura lex, sed lex. Tak trzeba. Zajmowała się nami Charlotte – szefowa Instytutu Londyńskiego. Kobieta złożyła dłonie razem i usiadła w fotelu przy kanapie. Zaczęłam opowiadać. Zmyśliłam jakąś historię o tym jak ukryłam się w fabryce i straciłam przytomność, a gdy się obudziłam nie było wokół mnie nikogo. Przedstawiłam im też bajeczkę o wujku z Londynu u którego się zatrzymałam. Wyjaśniłam, że on ostatnio nienajlepiej się czuje, a ja chcę mu pomóc – gotowanie, sprzątanie, pomoc w domu, no i spędzenie trochę czasu razem. Mówiąc, wpatrywałam się w kawałek wzorzystego dywanu przy kanapie. Wahałam się czy zapytać o moje więzy rodzinne. Musiałabym jednak powiedzieć skąd to podejrzenie a tłumaczenie i dalsze brnięcie w to mogłoby się źle skończyć. Przemilczałam więc to zagadnienie. Gdy skończyłam mówić Charlotte skomentowała:
- Wszystko rozumiem, ale Kodeks.. – zacisnęła usta. Fakt, mój rzekomy wujek nie był Łowcą, więc na takie pobyty u zwykłych ludzi trzeba było mieć specjalne pozwolenie naszej Rady Łowców – Clave. To oni sprawowali pieczę nad Instytutami na całym świecie, pilnowali przestrzegania praw; zajmowali się ogólnie tym czym normalny rząd w państwie. Siedzibę mieli oczywiście nie gdzie indziej tylko we Włoszech, dokładniej we Florencji.
- Chyba można pójść na ustępstwo – odezwała się Isabelle odgarniając z twarzy swoje długie czarne włosy – Nie jedzie przecież do niego na całą wieczność tylko na krótki okres czasu.
            Popatrzyłam w bok zagryzając usta. Oj żebyście wiedzieli jaki to okres czasu.. Charlotte westchnęła.
- Nie mogę cię puścić bez zgody Clave – wstała z fotela – napiszę do nich, a odpowiedź powinna przyjść zaraz po południu.
- Dzięki Charlotte – popatrzyłam na nią z lekkim uśmiechem.
            Gdy kobieta wyszła, Izzy rzuciła odwracając się ku mnie:
- Myślałam że zatrzymałaś się u jakiegoś chłopaka – oparła glowę o oparcie kanapy i spojrzała na mnie szarymi oczami – Liczyłam na małą sensację a tu.. lipa, nada, nic.
            Przewróciłam oczami.
- Żadnych sensacji. Poza tym.. Z ramion ghouli w ramiona miłości swojego życia? To nie bajka, plus miłość życia nie byłaby zadowolona gdybym przyszła cała brudna po misji – odparłam, a Izzny wykrzywiła pełne usta w uśmiechu. Przeciągnęła się mówiąc:
- Okay, okay, wybacz ale jestem padnięta, po porannym treningu umieram. – podniosła się z kanapy – Idziecie coś zjeść? – spojrzała na mnie i na Matta.
- Nie, dzięki, muszę pogadać z Katy – odparł chłopak nie patrząc na mnie. Przez całą rozmowę był milczący jak głaz. Izzy pokiwała głową i mrugnęła do mnie porozumiewawczo na odchodnym. Gdy zamknęły się za nią drzwi usłyszałam głos Matta:
- Katy..
            Popatrzyłam na niego. Odgarnął blond kosmyki grzywki z czoła i spojrzał na mnie bursztynowymi oczami. Odezwał się:
- Ile z tej historii wymyśliłaś i dlaczego?
            Otworzyłam usta. Cholera, domyślił się. Tylko on, czy inni tez coś przeczuwali?
- Dlaczego sądzisz, że kłamię? – spuściłam głowę wpatrując się w swoje kolana.
            Podszedł do kanapy i usiadł obok mnie.
- Znam cię na tyle, że potrafię wyczuć kiedy coś jest nie tak   
            Zamknęłam oczy. No tak, Matt był dla mnie jak brat; z nikim nie spędzałam tyle czasu co z nim.
- Hej… - chłopak wyciągnął rękę i założył mi zbłąkany kosmyk włosów za ucho. – Mała, już jest dobrze, jesteś w domu.. powiedz mi prawdziwą wersję wydarzeń.
            Podniosłam na niego wzrok i wypuściwszy wolno powietrze z płuc, powiedziałam:
- Wampir uratował mi życie – oświadczyłam. Matt patrzył na mnie uważnie, a ja wiedziałam, że to co powiem zostanie tylko między nami. Chrzanić tajemnicę milczenia. Kontynuowałam:  – Zabrał mnie z fabryki do tajnej organizacji Hellsing..
            Matt szeroko otworzył oczy i gwałtownie wciągnął powietrze do płuc. Spojrzałam na niego zbita z tropu. Wiedział coś o tym?
- Hellsing? – powtórzył po mnie. – Mówisz poważnie? – wydawał się być naprawdę zaniepokojony. Aha, czyli wiedział o tym. Czy tylko ja jestem aż tak niedoinformowana?
- Tak, Hellsing – potwierdziłam zrezygnowana.
- A tym wampirem jest ten słynny Alucard? – chłopak pochylił się nade mną. Przełknęłam ślinę i potwierdziłam. Cholera o nim też wiedział?
            Matt opadł na oparcie kanapy i przeczesał włosy palcami.
- Dziewczyno.. – pokręcił głową – Czego zażądał w zamian?
            Po chwili milczenia odparłam cicho wypranym z emocji głosem:
- Mojej krwi.
            Chłopak zacisnął usta ze złości. Po chwili milczenia odezwałam się:
- Skąd ty o nich wiesz?
            Matt odetchnął żeby trochę ochłonąć i odpowiedział:
- Od Geralta. Hellsing i Nocni Łowcy nie są przyjaźnie do siebie nastawieni. To dwie wrogie organizacje. Nie pracujemy razem, więc jeśli nasze misje się skrzyżują bez oporów możemy nawzajem się zabijać.. – mruknął.
            Skrzywiłam się. A mogłam uważać trochę na naukach społecznych.. Westchnęłam a Matt podniósł się z kanapy.
- Chodź – wciągnął do mnie rękę.
- Dokąd? – spytałam zaskoczona. Cud że jeszcze w ogóle on chce ze mną rozmawiać.
- Proszę pani, proszę za mną. Do biblioteki – skłonił się lekko podając mi ramię. – Geralt na pewno nam coś doradzi.
            Uśmiechnęłam się blado i wstałam.
- Nam? – spytałam.
- Głuptasie, myślałaś, że zostawię cię z tym samą? – zmierzwił mi włosy, na co zaśmiałam się lekko i walnęłam go łokciem w bok. Naraz jednak spoważniałam i zagryzając usta, popatrzyłam na niego. Muszę mu powiedzieć o moim pokrewieństwie, muszę..
- Jest coś jeszcze – odezwałam się cicho. – Więzy rodzinne.. W Hellsing dowiedziałam się, że moje dotychczasowe nazwisko Herondale tak naprawdę nie należy do mnie. Nie jestem spokrewniona z tamtą rodziną. To sprawdzona informacja..
            Matt potarł kark w zakłopotaniu.
- Wiedziałeś o tym? – zapytałam cofając się o krok.
- Coś niecoś.. Nie dopuszczali mnie do szczegółowych informacji ale nigdy nie było jasne do jakiej rodziny należysz.. – mruknął patrząc gdzieś w bok.
            Nic mi nie powiedział! Przez tyle lat! Czułam się oszukana. Nawet najbliżsi zatajali przede mną istotne informacje i mieli przede mną tajemnice. Odwróciłam się od niego i ruszyłam w kierunku swojego pokoju walcząc ze łzami złości zbierającymi się w moich  oczach.
- Zaczekaj! – usłyszałam krzyk Matta. Chłopak dogonił mnie a ja przyspieszyłam, nie miałam ochoty z nim rozmawiać. Z nikim, gwoli ścisłości.
- Charlotte była zdania że to się może odbić na twojej psychice – brak pewności twojego pochodzenia.. Niewygodnie było mi to ukrywać, przepraszam cię..
- Życie w kłamstwie jest lepsze? – burknęłam.
- Łatwiejsze.. – odpowiedział cicho. – Miałaś beztroskie dzieciństwo, bez żadnego piętna morderstw i zła. Nie chciałem zepsuć ci twojej niewinności, nie chciałem byś miała zaburzony spokój..
            Popatrzyłam w bok.
- Żyłaś w świadomości że twoi rodzice gdzieś tam są, bezpieczni. Nie chciałem byś nosiła takie piętno jak ja – brak rodziców, samotność, śmierć…  Zamordowano ich praktycznie na moich oczach.. Nigdy nie zapomnę tego głodu w oczach wampirów gdy ich zabijali. – mówił cichym głosem patrząc w dal na coś czego moje oczy dostrzec nie mogły.
- Rozumiem.. – odezwałam się, ale on ciągnąl dalej.

- Dlatego ich nienawidzę, poprzysiągłem zemstę i brak litości dla każdego wampira jakiego spotkam. Nienawidzę ich. – dokończył twardo i spojrzał na mnie płonącymi oczami.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz