piątek, 25 września 2015

Rozdział 4 ~~ Who is my Salvatore?

Jest coś takiego. Tylko. Mam pomysł na opowiadanie, ale zero chęci by przysiąść i wszystko spisać.

*****
Alucard gdzieś się zapodział i bardzo dobrze, nie miałam ochoty znosić jego obecności. Jednakże Waltera też nigdzie nie dostrzegłam. Bez przeszkód doszłam do drzwi wejściowych i już sięgałam po klamkę, gdy nagle oplótł ją jakiś ciemny cień. Zmarszczyłam brwi i zatrzymałam rękę w połowie ruchu. Chwilę potem cień rozszerzył się coraz bardziej aż przyćmił zarys drzwi. Spośród ciemnych kształtów wyłonił się wampir, a ja gwałtownie  odskoczyłam odziemnej masy. Wampir zaśmiał się wkurzająco na moją reakcję.
- Źle. Wróć. – nakazał.
- Co Ty tu robisz? Daj mi wyjść, mam pozwolenie.. – zaczęłam twardo czując jak niedawne szczęście powoli mnie opuszcza zastępowane niepewnością i strachem.
- Podejdź tu – kiwnął na mnie palcem. Zmarszczyłam brwi i założyłam ręce na piersiach. Nie podejdę do niego z własnej woli. Za żadne skarby świata. Chcę już wyjść do cholery!
            Wampir westchnął teatralnie i pstryknął palcami a ja poczułam jak coś oplata moje nadgarstki. Zerknęłam w dół by ujrzeć parę cienistych więzów. Chciałam zaprotestować, ale uciszył mnie nakładając cień na moje usta. Miałam wrażenie jakby mi je zszył. Mimo wszystko to mnie nie bolało..
- Idziemy – zakomenderował ruszając w stronę jednej z kotar wiszącej na ścianie holu. Zaparłam się nogami w ziemi, ale on pociągnął mnie za sobą cieniami, z którymi nie miałam żadnych szans. Spojrzałam na jego sylwetkę z mieszaniną strachu, nienawiści i pogardy. Dosłownie wlokąc mnie za sobą, wampir odsunął kotarę i wszedł w ukryty za nią korytarz. Nie było tu żadnego okna, a jedynym źródłem światła były pochodnie wiszące na ścianach. Dawały słaby, ciepły blask padający na nasze sylwetki i oświetlały pyłki kurzu w powietrzu wybijane do góry z posadzki przez nasze buty. Korytarz był widocznie zapomniany i w ogóle nie uczęszczany. Alucard dobrze to zaplanował - nie było szans na to że ktoś mógłby nam tu przeszkodzić.
- Podejrzewałem że możesz protestować, stąd cieniste szwy na ustach, nie chce mi się słuchać teraz twoich krzyków. – powiedział wciąż odwrócony ode mnie. Szarpnęłam się niepewnie w cienistych więzach, ale gdy spróbowałam wyswobodzić nadgarstek, cień mnie zranił. Jęknęłam bezgłośnie – było to bolesne jak oparzenie.  Wyczuwając to Alucard odwrócił się ku mnie z krzywym uśmiechem na ustach i zmrużonymi oczami.
- Myślałaś.. – zaczął i ledwo dostrzegalnie zrobił ruch dłonią w powietrzu. Cienie oplotły teraz także moje przedramiona i ramiona odrzucając mnie na ścianę tak mocno i szybko, że aż zaparło mi dech w piersiach. – …że puszczę cię tam bez żadnej ochrony, bez żadnej sposobności wiedzy co się aktualnie z tobą dzieje? Błąd. – przekrzywił głowę pochodząc do mnie i patrząc na moje ciało tak jak znawca sztuki ocenia artystyczne dzieło. Przełknęłam ślinę. Na Anioła, co on zamierza zrobić??? Spanikowana chciałam odsunąć się, gdy wyciągnął ku mnie rękę, ale cienie skutecznie uczyniły mnie bezwolną. Teraz unieruchomił mi nawet stopy tak bym nie mogła się ani ruszyć ani go kopnąć (na co nie ukrywam miałam ogromną ochotę, mimo że wiedziałam iż jest to głupie i bezcelowe).
            Wampir tymczasem nie zwracając uwagi na moją niemrawą próbą wyswobodzenia się  przyglądał mi się zamyślony. Jego wzrok błądził gdzie w okolicach moich obojczyków. W końcu pochylił się o odgarnął mi włosy  z lewego ramienia.
- Odwróć głowę – rozkazał jednocześnie dwoma palcami dotykając mojego policzka i  przesuwając moją głowę w moją prawą stronę. Zadrżałam czując jego chłodne ręce na skórze najpierw twarzy, a potem obojczyków. Wtem dotknął mnie czymś zimnym; poczułam  mrożący chłód na lewym ramieniu. Nie miałam odwagi ani możliwości odwrócić ku niemu głowę, by zobaczyć co robi, szarpnęłam się tylko i wydałam cichy bezgłośny jęk protestu.
- Nie ruszaj się – warknął. Za chwilę poczułam okropny ból w miejscu gdzie dotknął mnie czymś jakby lodem. Teraz odczułam wrażenie jakby lodowe igły wbijały mi się w skórę. Gdybym mogła, wydarłabym się na cały Hellsing.
            Po chwili wampir odsunął się ode mnie, a ja zerknęłam na moje lewe ramię. Z wrażenia niemal opadła mi szczęka. Zobaczyłam znak, coś jakby tatuaż. Popatrzyłam  na wampira pytająco.
- Masz na skórze mój znak, teraz będę wiedział  jak, gdzie, kiedy i co  się z tobą dzieje. Taka mała konieczność – wyszczerzył się. Spojrzałam na niego z niechęcią. On zaś ponownie szybko przybliżył się do mnie i oparł dłonie na ścianie po obu stronach mojego ciała. Znów popatrzyłam na niego z lękiem, zastanawiając się co jeszcze chce mi zrobić. Alucard natomiast  tylko oznajmił cichym głosem:
- Moc wiążąca mnie z Hellsing słabnie. Słabnie od nocy gdy zabrałem cię ze sobą. I nawet nie myśl że będziesz w stanie o tym komukolwiek powiedzieć. – dokończył uśmiechając się wyniośle i prostując się. Gdy na niego spojrzałam, po raz pierwszy mogłam dostrzec w nim obraz dawnego arystokraty. Patrzył na mnie z władczym błyskiem w oku, z ciemnymi kosmykami włosów opadających na kark i twarz. Stał pośród ciemności, wśród  wirujących pyłkach wiekowego kurzu, na tle kamiennej ściany, oświetlonej blaskiem najbliższej pochodni; światło padało również na sylwetkę wampira, czyniąc go jeszcze bardziej tajemniczym. Mimo że czułam do niego jednocześnie strach i niechęć, musiałam przyznać: jego postawa budziła respekt. Obdarzył mnie krótkim uśmieszkiem i rozpłynął się w ciemnej mgle zabierając więżące mnie cienie ze sobą.
***
            Kaszląc, opadłam na kolana na zakurzoną kamienną posadzkę. Pobieżnie zerknęłam czy na rękach i nogach nie mam śladów oparzeń, ale cienie nie zostawiły żadnych widocznych znaków. Potem powoli przeniosłam wzrok na tatuaż. Wyglądał jak herb rodowy. Był na nim przedstawiony wilk, a dokładniej jego pysk, gwiazdy i jakiś napis runiczny na cienkiej wstędze na dole. Na górze miał skrzyżowane ze sobą dwa miecze, a całość okalały ozdobne wzory. Musiałam przyznać, że herb był niczego sobie, podobał mi się.
            Otrzepałam się pobieżnie i wyjrzałam delikatnie zza kotary na główny hol. Nikogo nie zauważywszy prawie biegiem dopadłam do dębowych drzwi. Otworzyłam je i z hukiem zatrzasnęłam za sobą. Oparłam się o nie na zewnątrz oddychając szybko. Powoli zerknęłam na swoje odbicie w szybie okiennej niedaleko drzwi. Z zaskoczeniem stwierdziłam że nie mam nawet potarganych włosów. Zero śladów tak jakby sytuacja sprzed paru minut nigdy się nie wydarzyła. Odsunęłam rękaw bluzki. Znak nadal tam był. Mroczny, ale piękny, trwale we mnie wyryty.
            Rozglądając się na boki ruszyłam pod bramę, gdzie czekał na mnie czarny samochód z przyciemnionymi szybami. Wsiadłam i opadłam na siedzenie. Walter nijak skomentował moje spóźnienie.  Z ulgą patrzyłam na mijane drzewa i krajobraz oddalający mnie coraz bardziej od siedziby Hellsing. Pamiętam, że nie mogę powiedzieć nikomu o tym co się aktualnie ze mną dzieje. Musiałam wymyślić jakąś wiarygodną bajeczkę. Zacisnęłam usta. Kłamstwo nie było mi obce, a w udawaniu prawdy byłam mistrzem. Z krzywym uśmiechem pomyślałam o tym, że Loki – nordycki bóg kłamstw i bohater moich ulubionych filmów Marvela mógłby być ze mnie dumny.
            Oparłam głowę o szybę. ,,Moc wiążąca mnie z Hellsing słabnie” - huczało mi w głowie. Cholera jasna, chyba przyczyniłam się do uwolnienia tego sadystycznego potwora z ograniczających go wiekowych więzów.. Jak to się stało? Co teraz zrobi? Nie będę próbowała jednak powiedzieć o tym komukolwiek. Jeszcze pojawi się nagle w kłębach dymu i z miejsca od razu wyrwie mi język albo zaszyje usta, tym razem trwale. Wzdrygnęłam się i obciągnęłam rękaw koszulki na lewym ramieniu.
            Instruowałam Waltera jak ma dojechać do Instytutu. Krążyliśmy po centrum Londynu aż zatrzymaliśmy się na ulicy niedaleko wielkiej gotyckiej katedry niewidocznej dla oczu zwykłych śmiertelników.
- Przyjadę za jakiś czas, zadzwonię. – usłyszałam Waltera.
- Okay – mruknęłam bezmyślnie wpatrując się w złocisty dach Instytutu przebijający się pośród normalnych budynków.
            Prawie uciekłam z samochodu. Szybkim korkiem doszłam do bramy, przekroczyłam ją i ruszyłam do drzwi. Rozluźniłam się gdy weszłam na znajome, szare, betonowe schody. Pociągnęłam za złoty dzwonek który wydał głośny ale śpiewny dźwięk. Naraz rozległy się czyjeś kroki, a ciężkie dębowe drzwi otworzyły się. Zza nich wyjrzała twarz Matta. Uśmiechnęłam się widząc jego złociste oczy oraz zmierzwione blond włosy, jak zwykle zaczesane do tyłu. On zaś zmierzył mnie zszokowanym spojrzeniem i otworzył lekko usta.
- Hej Matt – powiedziałam z bladym uśmiechem. Musiałam wyglądać żałośnie.
- Katy – odezwał się w końcu łamiącym się głosem – myśleliśmy, że nie żyjesz! Że zostałaś w fabryce, a ghoule..
- Żyję, żyję, spokojnie, ja tylko.. – zaczęłam wyjaśnienia, ale przerwał mi zamykając mnie w mocnym, niedźwiedzim uścisku. Odwzajemniłam po chwili powitanie wtulając nos w jego ramię. Uśmiechnęłam się czując znajomy zapach jego perfum.
            Wtem zawiał silny wiatr zdmuchując mi część włosów na twarz.
- Wejdźmy do środka – powiedział Matt odsuwając się ode mnie, nie puszczając mnie jednak całkowicie  – Jesteś cała zimna.
*** 
            Siedziałam w salonie Instytutu z kubkiem herbaty dłoniach i już swoich ubraniach – stokrotkowej granatowej spódnicy z czarnym paskiem i złotą klamrą, czarnej podkoszulce i beżowym rozpinanym swetrze. Obok mnie na kanapie siedziała Isabelle, a Matt stał oparty o kominek. Nie byli oni rodzeństwem. Właściwie byliśmy zbiórką dzieciaków które zostały albo znalezione, albo odebrane własnym rodzicom. Dura lex, sed lex. Tak trzeba. Zajmowała się nami Charlotte – szefowa Instytutu Londyńskiego. Kobieta złożyła dłonie razem i usiadła w fotelu przy kanapie. Zaczęłam opowiadać. Zmyśliłam jakąś historię o tym jak ukryłam się w fabryce i straciłam przytomność, a gdy się obudziłam nie było wokół mnie nikogo. Przedstawiłam im też bajeczkę o wujku z Londynu u którego się zatrzymałam. Wyjaśniłam, że on ostatnio nienajlepiej się czuje, a ja chcę mu pomóc – gotowanie, sprzątanie, pomoc w domu, no i spędzenie trochę czasu razem. Mówiąc, wpatrywałam się w kawałek wzorzystego dywanu przy kanapie. Wahałam się czy zapytać o moje więzy rodzinne. Musiałabym jednak powiedzieć skąd to podejrzenie a tłumaczenie i dalsze brnięcie w to mogłoby się źle skończyć. Przemilczałam więc to zagadnienie. Gdy skończyłam mówić Charlotte skomentowała:
- Wszystko rozumiem, ale Kodeks.. – zacisnęła usta. Fakt, mój rzekomy wujek nie był Łowcą, więc na takie pobyty u zwykłych ludzi trzeba było mieć specjalne pozwolenie naszej Rady Łowców – Clave. To oni sprawowali pieczę nad Instytutami na całym świecie, pilnowali przestrzegania praw; zajmowali się ogólnie tym czym normalny rząd w państwie. Siedzibę mieli oczywiście nie gdzie indziej tylko we Włoszech, dokładniej we Florencji.
- Chyba można pójść na ustępstwo – odezwała się Isabelle odgarniając z twarzy swoje długie czarne włosy – Nie jedzie przecież do niego na całą wieczność tylko na krótki okres czasu.
            Popatrzyłam w bok zagryzając usta. Oj żebyście wiedzieli jaki to okres czasu.. Charlotte westchnęła.
- Nie mogę cię puścić bez zgody Clave – wstała z fotela – napiszę do nich, a odpowiedź powinna przyjść zaraz po południu.
- Dzięki Charlotte – popatrzyłam na nią z lekkim uśmiechem.
            Gdy kobieta wyszła, Izzy rzuciła odwracając się ku mnie:
- Myślałam że zatrzymałaś się u jakiegoś chłopaka – oparła glowę o oparcie kanapy i spojrzała na mnie szarymi oczami – Liczyłam na małą sensację a tu.. lipa, nada, nic.
            Przewróciłam oczami.
- Żadnych sensacji. Poza tym.. Z ramion ghouli w ramiona miłości swojego życia? To nie bajka, plus miłość życia nie byłaby zadowolona gdybym przyszła cała brudna po misji – odparłam, a Izzny wykrzywiła pełne usta w uśmiechu. Przeciągnęła się mówiąc:
- Okay, okay, wybacz ale jestem padnięta, po porannym treningu umieram. – podniosła się z kanapy – Idziecie coś zjeść? – spojrzała na mnie i na Matta.
- Nie, dzięki, muszę pogadać z Katy – odparł chłopak nie patrząc na mnie. Przez całą rozmowę był milczący jak głaz. Izzy pokiwała głową i mrugnęła do mnie porozumiewawczo na odchodnym. Gdy zamknęły się za nią drzwi usłyszałam głos Matta:
- Katy..
            Popatrzyłam na niego. Odgarnął blond kosmyki grzywki z czoła i spojrzał na mnie bursztynowymi oczami. Odezwał się:
- Ile z tej historii wymyśliłaś i dlaczego?
            Otworzyłam usta. Cholera, domyślił się. Tylko on, czy inni tez coś przeczuwali?
- Dlaczego sądzisz, że kłamię? – spuściłam głowę wpatrując się w swoje kolana.
            Podszedł do kanapy i usiadł obok mnie.
- Znam cię na tyle, że potrafię wyczuć kiedy coś jest nie tak   
            Zamknęłam oczy. No tak, Matt był dla mnie jak brat; z nikim nie spędzałam tyle czasu co z nim.
- Hej… - chłopak wyciągnął rękę i założył mi zbłąkany kosmyk włosów za ucho. – Mała, już jest dobrze, jesteś w domu.. powiedz mi prawdziwą wersję wydarzeń.
            Podniosłam na niego wzrok i wypuściwszy wolno powietrze z płuc, powiedziałam:
- Wampir uratował mi życie – oświadczyłam. Matt patrzył na mnie uważnie, a ja wiedziałam, że to co powiem zostanie tylko między nami. Chrzanić tajemnicę milczenia. Kontynuowałam:  – Zabrał mnie z fabryki do tajnej organizacji Hellsing..
            Matt szeroko otworzył oczy i gwałtownie wciągnął powietrze do płuc. Spojrzałam na niego zbita z tropu. Wiedział coś o tym?
- Hellsing? – powtórzył po mnie. – Mówisz poważnie? – wydawał się być naprawdę zaniepokojony. Aha, czyli wiedział o tym. Czy tylko ja jestem aż tak niedoinformowana?
- Tak, Hellsing – potwierdziłam zrezygnowana.
- A tym wampirem jest ten słynny Alucard? – chłopak pochylił się nade mną. Przełknęłam ślinę i potwierdziłam. Cholera o nim też wiedział?
            Matt opadł na oparcie kanapy i przeczesał włosy palcami.
- Dziewczyno.. – pokręcił głową – Czego zażądał w zamian?
            Po chwili milczenia odparłam cicho wypranym z emocji głosem:
- Mojej krwi.
            Chłopak zacisnął usta ze złości. Po chwili milczenia odezwałam się:
- Skąd ty o nich wiesz?
            Matt odetchnął żeby trochę ochłonąć i odpowiedział:
- Od Geralta. Hellsing i Nocni Łowcy nie są przyjaźnie do siebie nastawieni. To dwie wrogie organizacje. Nie pracujemy razem, więc jeśli nasze misje się skrzyżują bez oporów możemy nawzajem się zabijać.. – mruknął.
            Skrzywiłam się. A mogłam uważać trochę na naukach społecznych.. Westchnęłam a Matt podniósł się z kanapy.
- Chodź – wciągnął do mnie rękę.
- Dokąd? – spytałam zaskoczona. Cud że jeszcze w ogóle on chce ze mną rozmawiać.
- Proszę pani, proszę za mną. Do biblioteki – skłonił się lekko podając mi ramię. – Geralt na pewno nam coś doradzi.
            Uśmiechnęłam się blado i wstałam.
- Nam? – spytałam.
- Głuptasie, myślałaś, że zostawię cię z tym samą? – zmierzwił mi włosy, na co zaśmiałam się lekko i walnęłam go łokciem w bok. Naraz jednak spoważniałam i zagryzając usta, popatrzyłam na niego. Muszę mu powiedzieć o moim pokrewieństwie, muszę..
- Jest coś jeszcze – odezwałam się cicho. – Więzy rodzinne.. W Hellsing dowiedziałam się, że moje dotychczasowe nazwisko Herondale tak naprawdę nie należy do mnie. Nie jestem spokrewniona z tamtą rodziną. To sprawdzona informacja..
            Matt potarł kark w zakłopotaniu.
- Wiedziałeś o tym? – zapytałam cofając się o krok.
- Coś niecoś.. Nie dopuszczali mnie do szczegółowych informacji ale nigdy nie było jasne do jakiej rodziny należysz.. – mruknął patrząc gdzieś w bok.
            Nic mi nie powiedział! Przez tyle lat! Czułam się oszukana. Nawet najbliżsi zatajali przede mną istotne informacje i mieli przede mną tajemnice. Odwróciłam się od niego i ruszyłam w kierunku swojego pokoju walcząc ze łzami złości zbierającymi się w moich  oczach.
- Zaczekaj! – usłyszałam krzyk Matta. Chłopak dogonił mnie a ja przyspieszyłam, nie miałam ochoty z nim rozmawiać. Z nikim, gwoli ścisłości.
- Charlotte była zdania że to się może odbić na twojej psychice – brak pewności twojego pochodzenia.. Niewygodnie było mi to ukrywać, przepraszam cię..
- Życie w kłamstwie jest lepsze? – burknęłam.
- Łatwiejsze.. – odpowiedział cicho. – Miałaś beztroskie dzieciństwo, bez żadnego piętna morderstw i zła. Nie chciałem zepsuć ci twojej niewinności, nie chciałem byś miała zaburzony spokój..
            Popatrzyłam w bok.
- Żyłaś w świadomości że twoi rodzice gdzieś tam są, bezpieczni. Nie chciałem byś nosiła takie piętno jak ja – brak rodziców, samotność, śmierć…  Zamordowano ich praktycznie na moich oczach.. Nigdy nie zapomnę tego głodu w oczach wampirów gdy ich zabijali. – mówił cichym głosem patrząc w dal na coś czego moje oczy dostrzec nie mogły.
- Rozumiem.. – odezwałam się, ale on ciągnąl dalej.

- Dlatego ich nienawidzę, poprzysiągłem zemstę i brak litości dla każdego wampira jakiego spotkam. Nienawidzę ich. – dokończył twardo i spojrzał na mnie płonącymi oczami.  

czwartek, 9 lipca 2015

Rozdział 3 ~~ ,,I kto tu jest niegrzeczną dziewczynką?"

,,Sprzedaj mi swoją duszę,
inny kupiec się nie trafi,

Innego diabła już nie ma."
***

            Próbowałam zasnąć, ale byłam zbyt nabuzowana. Alucard skutecznie przepędził moje zmęczenie. Pojawia się znikąd, porywa mnie bo nie ma nic ciekawszego do roboty i wkręca w jakieś szaleństwo, a potem straszy i ma z tego niezłą zabawę. Cholerny, napuszony władca świata.. Leżałam chwilę wpatrując się ze złością w sufit. Zaraz wstałam i zaczęłam nerwowo krążyć po pokoju.
            Kto by pomyślał, że Nocny Łowca wejdzie z własnej woli w jakieś układy z wampirem? Ja powinnam ZABIJAĆ takie istoty a nie z nimi pracować! Denerwowała mnie taka ,,więź” z nim, ten cały układ i postawione warunki.. Byłam na siebie zła, że tak łatwo dałam się zaskoczyć tym ghoulom w fabryce. Jak mogłam postąpić tak głupio? Godne pożałowania. No, ale powinnam cieszyć się, że żyję… Dzięki Alucardowi. Należy mu się swego rodzaju wdzięczność, czy może jak już to ujęłam ,,dług” i rad nierad muszę go spłacić. Opadłam na łóżko godząc się z własną bezsilnością w tej sprawie. Założyłam ręce pod głowę i wpatrzyłam się w sufit. Może da się jakoś ominąć ten układ? Zamienić albo zrobić cokolwiek..?
            Czuwałam do świtu i nad ranem postanowiłam iść do kuchni poszukać Waltera albo Elaine. Nie miałam zamiaru tu siedzieć i czekać Bóg wie na co. Chciałam jak najszybciej porozmawiać z Integrą, a tylko oni mogli mnie do niej zaprowadzić. Zarzuciłam na siebie jakiś sweter znaleziony w pokoju i po chwili namysłu wzięłam wsuwkę do włosów która tak naprawdę była ostrym anielskim sztyletem. Ogarnęłam się w łazience i wyszłam na korytarz kierując się do kuchni. To był jedyne pomieszczenie gdzie umiałam trafić, nie chciałam na razie zwiedzać i sama łazić po tym labiryncie korytarzy. Ten dom krył i zbyt wiele tajemnic, i miał zbyt nietypowych lokatorów. Nie wiadomo co jeszcze może być w tym dziwnym budynku.
            Szybkim krokiem szłam korytarzem, oświetlonym ciepłym żółtawym światłem lamp po obu stronach ścian. W ciężkich, złoconych, ozdobnych ramach wisiały obrazy jakichś ludzi, prawdopodobnie z rodu Van Helsingów. Miałam wrażenie, że postacie faktycznie na mnie patrzą, mogłam czuć na sobie ich świdrujący, ale martwy wzrok. Wzdrygnęłam się i postanowiłam odgonić myśli od poprzednich właścicieli oraz od zastanawiania się nad zawartością poszczególnych pokoi w korytarzu. Skupiłam się na czymś innym. Omówienie mojego przyjęcia do organizacji to jedno ale jest też kwestia którą chciałam JA uzgodnić. Skoro już zostałam zmuszona by tu zostać chcę uzyskać pozwolenie na ostatnie wyjście do Instytutu by zabrać swoje rzeczy i pożegnać się.. Pożegnać się z ludźmi wśród których czułam się jak rodzina, której praktycznie nigdy nie miałam. Zostałam zabrana do Instytutu Londyńskiego jako dziecko, nie pamiętam rodziców. Wiedziałam tylko tyle, że matka była śmiertelną, a ojciec Nocnym Łowcą. Poślubiając śmiertelniczkę musiał zrezygnować z mocy i wystąpić ze stowarzyszenia. Takim rodzinom zabiera się dziecko, gdyż krew Nocnych Łowców jest dominująca i  mimo, że jego rodzic nie jest już Łowcą, ono dalej należy do Nefilim. Chciałam  odnaleźć rodziców, ale.. Nie było ich nigdzie, nawet ojca. Żadnej wzmianki.. jakby wraz z jego wystąpieniem zniszczyli o nim wszystkie informacje tak, żeby nie pozostał po nim ani jeden ślad.
            Pchnęłam ciężkie wrota do kuchni. W pomieszczeniu nikogo nie było; tak jak się obawiałam. Ogień palił się jednak na kominku więc usiadłam w fotelu i oparłam jedną nogę na siedzeniu podciągając kolano do klatki piersiowej. Postanowiłam zaczekać cierpliwie.
- A Ty kim jesteś? – usłyszałam chwilę potem czyjś głos zza pleców. Odwróciłam się i zobaczyłam wysoką brunetkę ubraną w granatową sukienkę pokojówki i fartuszek. Patrzyła na mnie z ciekawością.
- Jestem Katy, ja.. – zaczęłam, ale wtedy weszła Elaine.
- Oh, nie spodziewałam się, ze przyjdziesz – uśmiechnęła się do mnie – Katy to jest Sophie, pomaga mi w kuchni jak już wcześniej wspomniałam. Sophie to Katy, jest tu.. – spojrzała na mnie z wahaniem. Wiedziała o całej sprawie, nie była pewna czy wtajemniczać w nią kolejną osobę.
- Jestem tu z woli Alucarda, on.. – przełknęłam ślinę – w pewnym sensie mam z nim umowę, uratował mnie. To.. skomplikowane.
- Umowę? Uratował cię? – Sophie otworzyła szerzej oczy – Jesteś więc dla niego kimś specjalnym. To wielki zaszczyt – prawie się ukłoniła. Spojrzałam na nią zdziwiona. Jestem kimś specjalnym, bo zechciał mnie uratować? I czy on jest tutaj aż tak naprawdę ważny?
~~,,Tak, jestem tutaj kimś ważnym” – usłyszałam w swojej głowie głos mojego „wybawiciela”. Podsłuchiwał?? Z nadludzkim wysiłkiem powstrzymałam się przed wyklęciem go w myślach.
- To nie zaszczyt, raczej konieczność.. Coś w rodzaju długu.. – powiedziałam w końcu.
            Elaine znów zrobiła zmartwioną minę i zaczęła krzątać się po kuchni. Sophie dalej patrzyła na mnie z ciekawością. Postanowiłam jej więc opowiedzieć dokładniej co się stało, może czegoś się dowiem. Spytałam jej:
- Możesz mnie zaprowadzić do Sir Integry?
            Zgodziła się bez problemu i po chwili szłyśmy korytarzem ku schodom na piętro. Zaczęłam opowiadać Sophie jak Alucard na mnie trafił i jaka umowa mnie obowiązuje. Uznałam, że mogę jej zaufać. Gdy wspomniałam o układzie krwi pokiwała głową i powiedziała:
- Rozumiem to. Kiedy zaczęłam tu pracować także byłam traktowana jako dawczyni – skrzywiła się. – Użył mnie tylko 2-3 razy, potem pani Integra zabroniła mu tego. Oficjalnie nie może pić krwi ludzkiej tylko medyczną. Jak to jednak naprawdę jest, wszyscy dobrze wiemy..
            Czyli nie ja pierwsza nie ostatnia. Mało pocieszające…
- Chwila.. – powiedziałam powoli – Integra może mu czegoś zabronić? W bibliotece zatytułowała go swoim ,,sługą”..
- Tak – pokojówka przytaknęła – To dość skomplikowane, sama niewiele o tym wiem ale.. Sir Alucard jest całkowicie podległy Pani Integrze. Można wiec powiedzieć, że jest na jej usługach a ona jest jego panią..
            Pokiwałam głową. To było coraz dziwniejsze.
- Mam głupie pytanie.. – zaczęłam, gdy weszłyśmy po schodach na piętro – Czy od ugryzienia nie powinno się stawać wampirem?
            Sophie parsknęła śmiechem.
- Nie, inaczej pół Londynu miałoby kły. – popatrzyła na mnie – Ale wiem o co Ci chodzi. Jeśli wampir cię ugryzie masz trzy dni. Jeśli w tym czasie napijesz się krwi, sama stajesz się krwiopijcą. Jeśli nie, po trzech dniach wracasz do bycia normalnym człowiekiem. Najgorsze jest to, że w ciągu tych trzech dni dręczy cię niebywale pragnienie.. Nie możesz jednak niczego zjeść, ani się napić. Zyskujesz też umiejętności, których nie posiadają inni ludzie na przykład lepszy wzrok, szybkość, siłę.. Jednakże minimalne, zaledwie ułamek tego co potrafią  wampiry. – zacisnęła usta – No i musisz być dziewicą żeby wampir mógł cię zmienić, inaczej stajesz się ghoulem, gdy zostaniesz ugryziona i napijesz się czyjejś krwi.
            Zacisnęłam usta. Hmm i już wiemy skąd to jego pytanie przed postrzałem w fabryce. Jeśli miałabym śmiertelną ranę… Wzdrygnęłam się. Przemieniłby mnie. Byłabym teraz wampirem pod jego rozkazami. Zamknęłam oczy dziękując w duchu, że nadal jestem człowiekiem i że cudem uniknęłam śmierci. Po chwili milczenia odezwałam się:
- Rozumiem.. Jeśli chodzi o wypicie krwi w ciągu tych trzech dni.. Nieważne jaką się wypije? Ghoula, człowieka czy wampira?
- Hmm.. – zamyśliła się – To działa tak: Zwykła ludzka krew zmienia cię w wampira niższej klasy o przeciętnej mocy. Co do krwi ghoula to nie wiem ale lepiej takowej nie pić, może  być toksyczna – uśmiechnęła się krzywo – A co do wampira.. Jeśli zmieszasz krew z tym, który cię ugryzł wtedy i on, i ty zyskujecie większą moc. Ty stajesz się wampirem klasy wyższej o dużej mocy. Jeśli chodzi o twój przypadek.. Przez krew Alucarda zacznę się ciebie bać – zastrzegła celując we mnie palcem i uśmiechając się lekko -  Ty jako Nocny Łowca i on, jako eksperyment.. Nie wiadomo jacy byście się stali po zmieszaniu krwi. Widzisz z resztą, że jest najpotężniejszy wśród nieśmiertelnych..
- Nie da się ukryć – przerwał nam czyjś przeciągający sylaby głos.
- Sir Alucard – pokojówka odwróciła się szybko do źródła głosu i ukłoniła się. Ja również lekko się obróciłam tak by ujrzeć wysoką sylwetkę wampira. Sophie wyglądała na lekko zmieszaną i przerażoną. Zarumieniła się i powiedziała: - Lepiej już pójdę. Gabinet Pani Integry jest za rogiem korytarza.
            Unikając wzroku wampira pospiesznie zeszła po schodach. Co on jej zrobił, że aż tak się go bała? W ogóle nie dba o innych jak nie musi..
- Skończyłaś, Łowco? To idziemy. Integra, moja pani się niecierpliwi – machnął na mnie dłonią w białej rękawiczce przerywając mój myślowy potok oszczerstw. Zgrzytnęłam zębami - znowu czytał mi w myślach.
 - Co zrobiłeś Sophie? – zapytałam prosto z mostu idąc za wampirem długim korytarzem.
- Nic, pewnie się mnie boi. Ach i czuje coś takiego jak respekt wobec mnie, powinienem cię  czegoś takiego nauczyć..
            Przewróciłam oczami. Weszliśmy w część gdzie po lewej stronie zaczynały się okna, korytarz był więc rozświetlony światłem poranka. Patrzyłam na wampira z uwagą. Jak to możliwe, że może chodzić za dnia i nie obracać się w popiół? Obserwowałam go chwilę jak idzie powolnym, leniwym krokiem, jednak od jego postawy i chodu wręcz biły słowa ,,move bitch, get out that way!”. Dogoniłam go. Przy nim byłam śmiesznie mała, jak skrzat.
- Wiesz co? –   zaczęłam, zerkając w górę na jego twarz. Wzrok miał utkwiony gdzieś w dalekim punkcie korytarza, a na oczy opadło mu kilka kosmyków ciemnych włosów. Nie rozumiałam całego tego uświęcania jego osoby. To wampir z jakimi wcześniej także miałam do czynienia, nic specjalnego. – Nie jesteś taki straszny
- Czyżby? – skierował na mnie swoje czerwone tęczówki – Nie boisz się potworów? – odwrócił się ku mnie zatrzymując się.
- Mam własna definicję „potwora”. Ty się do niej nie wliczasz jak na razie. – odparłam zgodnie z prawdą i popatrzyłam za okno w zamyśleniu przesuwając dłonią po karku. W sumie to prawda, nie wiedziałam nic o nim, nie miałam pojęcia co potrafi i jaki naprawdę jest. W moim mniemaniu potworem była osoba bezpodstawnie mordująca z zimną krwią niewinne osoby. Taka która uwielbia patrzeć na czyjeś cierpienia, która szuka byle powodu do zabawy kimś. Taka dla której czyjeś życie, obojętnie kogo, nic nie znaczy. Taka która nie żałuje nikogo i niczego. Akurat to jak w fabryce wykończył ghoule nie wliczało się do tego. To były potwory, bezmyślne istoty pozbawione człowieczeństwa.
            Alucard zaśmiał się dziwnie. Już odwracałam głowę w jego kierunku, gdy chwycił mnie za ramiona i przyparł do ściany. Dłonie ułożył po obu stronach mojej głowy na ciemnym drewnie, o które zmuszona byłam się oprzeć. Popatrzył na mnie ze zmrużonymi oczami kręcąc głową.
- Widzisz co robię, a i tak nie nazwiesz mnie potworem. Jesteś idiotką – wymruczał przybliżając się tak, że poczułam kojarzący mi się z nim zapach prochu strzelniczego, krwi i wina.  
- Możesz mnie zabić ale nie możesz mnie obrażać – założyłam ręce na piersiach.
            Alucard parsknął śmiechem  lekko odsuwając się ode mnie.
- Katherine.. – zaczął opierając jedną dłoń na ścianie przy mojej głowie, drugą chwycił kosmyk moich włosów. Odsunęłam się od niego przylegając plecami do boazerii. – Nadal nie mogę zrozumieć co takiego jest w twojej krwi.. Ostatnio czułem coś takiego lata temu, a i wtedy nie było to tak intensywne..
- Katy. – poprawiłam go.
- Słucham? – uniósł brwi zbity z tropu.
- Katy, nie Katherine. – zaznaczyłam.
- Czemu miałbym zdrabniać tak piękne imię jak Katherine? – zapytał cicho miękkim głosem,  przekrzywiając głowę i przybliżając się. Świdrował mnie wzrokiem.
- Co jest w mojej krwi? Co dokładnie masz na myśli? – Nie odpowiedziałam mu tylko zadałam zupełnie inne pytanie, zakładając ręce na piersi żeby mieć trochę przestrzeni. Nie podobało mi się to jak blisko mnie stał, jak się do mnie zwracał i to jak na mnie patrzył. Niczym wąż hipnotyzujący ofiarę…
            Alucard popatrzył w bok i po chwili milczenia rzekł:
- To cos znajomego, mam wrażenie, że.. – wymruczał jakby do siebie, a zaraz potem dojrzałam jak jego źrenice zwężają się. Uniósł czujnie wzrok i szybko się odsunął.
- Walter tu idzie. – oznajmił krótko.
            Sapnęłam z irytacji.
- Powiedz mi o co chodzi z tą krwią. – wycedziłam. Miałam dość jego okazjonalnego bełkotu w tej sprawie. Nie dowiedziałam się do tej pory praktycznie niczego.
- Nie.
            Warknęłam już całkiem wkurzona.
- Mów do cholery! – zacisnęłam dłonie w pięści.
- Nie. – Alucard uśmiechnął się, odsłaniając komplet zębów.
            Straciłam cierpliwość. Wyciągnęłam seraficki nóż z rękawa i rzuciłam w niego. Na moje nieszczęście trafiłam tylko w kapelusz. Strąciłam go z głowy wampira, a ostrze przyszpiliło nakrycie głowy do ściany. Alucard ryknął śmiechem, a ja stałam pośrodku korytarza zaciskając zęby i patrząc na jego reakcję nieco skonfundowana.
- Taak, wybrałem idealnie – wymruczał wciąż mając  w glosie cień triumfalnego śmiechu – Nie miałem takiej rozrywki od wieków. Dekady musiałem czekać na kogoś takiego – spojrzał na mnie pożądliwie.
            Opadły mi ramiona. Otworzyłam usta, ale zanim zdążyłam jakkolwiek zareagować usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi przy końcu korytarza. Z ulgą odwróciłam się w tamtą stronę i odetchnęłam spokojniej widząc sylwetkę Waltera. Tymczasem Alucard podszedł do ściany i wyciągnął z niej sztylet.
Gwizdnął i skomentował, diabelsko się uśmiechając:
- Głęboko..
            Zmierzyłam go nienawistnym spojrzeniem, gdy zakładał kapelusz na głowę i poprawiał poły płaszcza. Mógł mnie zostawić w tej fabryce, a nie brać ze sobą, bo zachciało mu się mieć nową zabaweczkę..
            Tymczasem Walter przybliżył się do nas i powiedział:
- Katy, Sir Integra wysłała mnie po ciebie, ale jak widzę sama zdecydowałaś się przyjść.
            Ignorując wampira który stanął tuż za mną opowiedziałam:
- Tak, już idę. Dziękuję za informację..
            Ruszyłam za Walterem a Alucard podążył za mną niczym cień, wciąż śmiejąc się cicho.
***
            Weszłam do gabinetu. Ściany boczne pokrywały półki z książkami, od samej ziemi do sufitu znajdującego się pięć metrów nad podłogą. Naprzeciwko drzwi były cztery wielkie okna gotyckie, a pomiędzy dwoma środkowymi stało biurko zwrócone przodem do wchodzących. Ujrzałam za nim tą samą blondynkę, która wpadła do biblioteki wczorajszej nocy, gdy rozmawiałam z Alucardem. Była kobietą w średnim wieku o popielatych blond włosach i jasnych oczach patrzących zza okrągłych okularów  w złotej oprawce. W ustach trzymała cygaro. Kiedy nas zobaczyła jej usta wygięły się w uśmiechu, wyjęła z nich fajkę i strzepnęła popiół do popielniczki.
- Katherine Herondale, Nocna Łowczyni z Instytutu Londyńskiego. Ojciec: Nocny Łowca, matka: śmiertelniczka. – powiedziała na przywitanie, a zaraz potem dodała –  Tyle się zdołaliśmy dowiedzieć bezpośrednio od ciebie.
            Otworzyłam usta w niemym zdziwieniu. Jak się dowiedzieli..? Niczego im nie powiedziałam. Spojrzałam na Alucarda, który stanął teraz przy krześle Integry. Obdarzył mnie pewnym siebie uśmiechem i przekrzywił głowę. Czyżby użyli go by pogrzebał mi w pamięci, gdy byłam nieprzytomna?   
- Tak, wszystko się zgadza.. – odparłam powoli –  Ale skąd pani to wie? – zapytałam podchodząc bliżej.
- Hellsing to ważna organizacja, mamy swoje sposoby – wykrzywiła usta w uśmiechu. – Stąd mamy dostęp do wielu ważnych informacji.. Jednak z tego co dowiedzieliśmy się o tobie, mamy pewien problem. – oświadczyła i zaciągnęła się dymem z cygara. – Nie znaleźliśmy żadnej wzmianki o twoim ojcu i pokrewieństwem z rodziną Herondale.
- Oh tak – bąknęłam – Tak, wiem. Szukałam też o nich informacji ale bezskutecznie..
- Nie masz na nazwisko Herondale, pochodzisz z innej rodziny. – przerwała mi Integra, a ja zamrugałam zszokowana.
            Usiadłam, czując dziwną słabość w nogach.
- Co? – zapytałam cicho. – To prawda?
- Przeanalizowaliśmy dokładnie informacje, nie masz w swoich żyłach krwi Herondale’ów. – oświadczyła blondynka patrząc na mnie uważnie. Alucard zaśmiał się cicho, więc przeniosła na niego wzrok.
- Chcesz się z nami czymś podzielić, Alucardzie?
            Wampir przymknął oczy, mówiąc:
- Jeszcze nie czas.
            Zmarszczyłam brwi. W jego głosie słychać było dziwną radość. Integra również wbijała w niego wzrok, jednak po chwili znów odwróciła  się do papierów na biurku. Ja jednak wciąż patrzyłam na wampira. Gdy jego pani odwróciła wzrok otworzył oczy i zmierzył mnie dzikim spojrzeniem. Co go tak do cholery ucieszyło? Poruszyłam się niespokojnie. Alucard podszedł do okna i oparł się o parapet. Nadal uśmiechał się nienaturalnie i widać było, że powstrzymuje się od wybuchnięcia triumfalnym śmiechem. Integra nie zwróciła na to większej uwagi, więc takie zachowanie widać było u niego „normalne”. Postanowiłam dać temu spokój i wypytywać dalej:
- Znaleźliście jeszcze jakieś informacje o mojej rodzinie?
- Jesteśmy w trakcie poszukiwań – odparła Integra przerzucając kartki w segregatorze. Wszystkie dokumenty były starannie uporządkowane i wyglądały bardzo urzędowo.
 – Pewne jest że musisz mieć choć jednego z rodziców  jako Nocnego Łowcę. Matkę lub ojca. Gdy tylko czegoś się dowiemy poinformujemy cię. Jak na razie.. nie mamy nic. – zgasiła z frustracją cygaro o popielniczkę.   
            Pokiwałam głową. Jak to możliwe że przez całe życie myślałam że jestem kimś zupełnie innym niż byłam? Kim jestem teraz? Zacisnęłam usta obejmując się ramionami. Poczułam się nagle słaba i samotna. Moje życie wywróciło się do góry nogami. Odetchnęłam po chwili. Nieważne. Rodzina to nie więzy krwi; od dziecka to słyszałam i to przyswoiłam. Tęskniłam za prawdziwymi rodzicami, ale znalazłam rodzinę, siostry i braci w Instytucie. Matt, Isabelle i  moja przybrana matka Helen. Okazyjnie gościł u nas Johnny, jej facet, ale słabo sprawdzał się w roli ojca. Matt jednak, jak to chłopcy, nie miał nic przeciwko niemu i chętnie wyjeżdżał z nim na drobne misje albo walczył w sali treningowej. Dla mnie w roli przybranego ojca bardziej sprawdzał się Gerald – nasz mistrz. Mieszkał z nami w Instytucie i był naszym mentorem i nauczycielem. Zajmował się magią i medycyną. Nauczał nas języków, sztuki obrony, nauk starożytnych i współczesnych, rysowania znaków oraz udzielał informacji o magicznych istotach. Był najmądrzejszym człowiekiem jakiego znałam, miałam w nim autorytet i darzyłam go pełnym szacunkiem.
            Integra skończyła porządkować dokumenty i zwróciła się do mnie.
- Zdaje się że miałaś do mnie jakieś ważne pytanie.
            Podniosłam na nią wzrok i potwierdziłam.
- Tak, co stało się z moją grupą łowców? Wiecie coś? – nerwowo bawiłam się bransoletką na nadgarstku którą dostałam od Isabelle. Jeśli coś im się stało… Nie daruję sobie tego. - I co z resztą Łowców z Instytutu?
- Twoja grupa to już dawno trupy wykończone przez Alucarda – odpowiedziała Integra – Część jednak przeżyła, nie zmieniła się w ghoule i są aktualnie w pełni bezpieczni w Londyńskim Instytucie.
            Zacisnęłam dłonie w pięści. Trupy? Zerknęłam na wampira który z beztroską miną leniwie poprawiał swoje białe rękawiczki. Czując na sobie moje spojrzenie podniósł wzrok i uśmiechnął się pokazując ostre kły. Przełknęłam ślinę trawiąc usłyszaną informację. Nocni Łowcy giną w walce, to normalne, zdążyłam się już przyzwyczaić.. Jednak Matt, Izzy.. Żyją czy byli w tej grupce nieszczęśników których ugryzły te mutanty?
- Czy.. – zaczęłam – Czy mogłabym wrócić do Instytutu? – zapytałam – Wziąć tylko parę rzeczy i pożegnać się. – dopowiedziałam szybko mając duszę na ramieniu.
            Integra zmierzyła mnie wzrokiem patrząc na mnie znad okularów i po chwili milczenia znowu zapaliła cygaro. Śledziłam jej ruchy w napięciu czekając na odpowiedz. Powinna się zgodzić i mnie puścić. Mam nadzieję że chociaż ona nie będzie traktować mnie tutaj jak więźnia.
- Katherine, wiesz dobrze że nie możesz wrócić. Musisz zostać już z nami odkąd Alucard zabrał cię do nas. Dowiedziałaś się już o Organizacji, więc nie możesz jej opuścić. Znalazłaś się w danym momencie czasu, w określonym miejscu i tak się złożyło, że misje twoja i Alucarda się skrzyżowały. To, że cię uratował przeważyło szalę. Musiał cię zabrać. Poza tym.. Jesteś Łowcą, a więc twoje umiejętności nam się bardzo przydadzą – uśmiechnęła się lekko – Zwykle byśmy rozważali każdy możliwy sposób żeby wyczyścić ci pamięć i odesłać, jak gdyby nigdy nic, tak jak to robimy z innymi ludźmi. Twój przypadek jest jednak wyjątkowy, jesteś tu pierwszą Łowczynią. I.. skoro chcesz pojechać do Instytutu tylko na krótki okres czasu, jak mówisz zabrać swoje rzeczy i pożegnać się.. Zezwalam na wyjazd. – oświadczyła Integra.
            Słuchałam jej uważnie, a kiedy skończyła, rozpromieniłam się. Już chciałam podziękować, gdy znowu zaczęła mówić:
- Ale pamiętaj, nie możesz powiedzieć gdzie trafiłaś, ani nic na temat Organizacji. Wszystko jest tajne więc musisz wymyślić coś w co uwierzą i co usprawiedliwi twoje odejście. – nakazała. – Warunkiem jest twoje milczenie. Zezwalam na wyjście, ale obowiązuje cię tajemnica milczenia.
            Przytaknęłam. Kamień spadł mi z serca.. Uzyskanie zgody na wyjazd do Instytutu poprawiło mi nastrój. Dręczyło mnie tylko to czy moi najbliżsi żyją, jak najszybciej chciałam ich zobaczyć. Zacisnęłam wargi, niepewność wierciła mi dziurę w umyśle skuteczniej niż diamentowe wiertło. Po chwili postanowiłam odgonić od siebie negatywne myśli i skupić się na czymś innym. Zapytałam na koniec tylko:
- Kiedy będę mogła jechać?
            Integra wymieniła spojrzenie z Walterem stojącym wciąż nieopodal drzwi.
- Jeszcze przed południem - dziś, zaraz po śniadaniu. – oznajmiła – A pod wieczór mam dla ciebie zajęcie.
            Ta informacja poprawiła mi humor jeszcze bardziej. Jeszcze dziś, zaraz, będę mogła się stąd wyrwać! Chciałam zapytać jaką sprawę ma dla mnie Integra, ale przerwała mi unosząc dłoń.
- Działając w Organizacji Hellsing czekają cię różne zadania – zaczęła mówić – Zajmujemy się eliminowaniem potworów tak jak wy, Łowcy. Działamy na tych zasadach. Zabijamy tych którzy łamią prawa narażając ludzkość i świat nadprzyrodzonych istot na ujawnienie. Będziesz jeździła na misje głównie w Anglii ale jeśli będzie taka konieczność to i za granicę. Wraz z Alucardem oczywiście. Jesteś jak to ujął ,,jego pomocnicą” – rzuciła mu spojrzenie z ukosa. Wampir uważnie się nam przypatrywał dalej opierając się leniwie o parapet. Integra zaciągnęła się dymem i kontynuowała – Seras Victoria, wampirzyca, którą przemienił przyjedzie dziś po południu z naszego korpusu wojennego w Ameryce Środkowej, by cię trochę podszkolić. Wszyscy jesteśmy zdania, że Łowcy potrzebują nieco innego, ponadprogramowego, indywidualnego szkolenia.  Victoria zjawi się tu z kapitanem Bernadotte, on jest dowódcą wojskowym i nie martw się – zmrużyła oczy – to człowiek.
            Chciałam już skomentować to co powiedziała gdy przerwał mi Alucard:
- Słucham? Ten francuski idiota też tu przyjeżdża? – prychnął.
- Alucard – warknęła Integra gromiąc go spojrzeniem, na co ten przewrócił oczami. – Pozwalam ci odejść. – oświadczyła jasno i dobitnie.
            Wampir skrzywił się i z nieodgadnionym wyrazem twarzy przeszedł przez ścianę do innego pomieszczenia. Wciąż nie mogłam się przyzwyczaić do tej umiejętności. Stoisz przy ścianie, a tu nagle czujesz jak coś przy twoim boku się porusza, wpadasz w ramiona które wzięły się znikąd.. Wzdrygnęłam się.
            Integra powoli wydmuchiwała szary dym z płuc.
- Jutro otrzymasz własną broń, wieczorem będziesz trenować na wspólnej. Powiadomię was, gdy tylko zdarzy się jakiś poważniejszy wypadek i będziecie musieli wyruszyć na misję. Teraz  Walter zawiezie cię do Instytutu, a potem odbierze. Pamiętaj: masz obowiązek milczenia. To tyle. – zwróciła wzrok z powrotem na dokumenty.
            Kiwnęłam głową i wstałam. W Instytucie może dowiem się coś niecoś o moim pochodzeniu. Jak to możliwe żeby oni nic nie wiedzieli o tym, że tak naprawdę nie mam nic wspólnego z rodziną Heronalde, których nazwiskiem zawsze się tytułowałam? Mam  nadzieję, że sprawa choć w niewielkim stopniu się wyjaśni. Może Gerald będzie coś wiedział.
            Na odchodnym odwróciłam się jeszcze i spytałam:
- Czy mogę zadać pytanie?
            Integra uniosła glowę znad książek.
- Słucham Katherine?
            Zawahałam się krótko, ale spontaniczne decyzje były na porządku dziennym w moim życiu.
- Czy Alucard zaraża?
            Integra uniosła brwi.
- Słucham? – zapytała zdziwiona z lekkim niedowierzaniem odkładając długopis.
- Wygląda jakby miał wściekliznę, stąd pytam, bo trochę się boję.
- Jedyne czym może zarazić to głupota – oświadczyła Integra i uśmiechnęła się znad fajki – A teraz idź, mam sporo papierkowej roboty..
            Zagryzłam usta uśmiechając się lekko i pożegnałam się, wychodząc z Walterem na korytarz. Sprawa nieco się wyjaśniła, a jednocześnie jeszcze bardziej pokomplikowała. Wtem oświeciło mnie. Biblioteka. Musi być tu jakiś zbiór ksiąg, a ja mam parę pytań dręczących mnie odkąd zobaczyłam wampira w szkarłacie. Chętnie dowiedziałabym się czym jest dokładnie ta Organizacja, kto ją założył i kim jest Alucard. Strażnikiem? Pierwszym Agentem? Tajną bronią? Sophie wspomniała coś, że jest Eksperymentem...
            Poprosiłam żeby Walter pokazał mi bibliotekę. Musiałam się tam udać jak najszybciej. Okazała się być pomieszczeniem z lewym skrzydle, ogromne drzwi były zamknięte, ale klucz tkwił w zamku, więc nie był to pokój niedostępny. Uspokoiłam się, gdy Walter zapewnił mnie, że mam tam wstęp wolny. Wiedząc już które drzwi do niej prowadzą, zapamiętałam drogę tam z mojego pokoju z postanowieniem, że odwiedzę tamto miejsce i trochę pogrzebie  w starych księgach i zapiskach, gdy tylko wrócę z wypadu do Instytutu. Skoro ten dom sprawiał tak dziwne wrażenie to co znajdę w bibliotece? 
***
            Wciąż miałam na sobie hellsingowy mundur, więc musiałam pożyczyć jakieś ciuchy na czas wyjazdu do Instytutu. Sophie zgarnęła mnie do swojego pokoju i tam zaczęłyśmy buszować wśród jej skromnej ilości ubrań. Miała doskonały porządek, całkiem odmiennie niż ja – uchodziłam za bałaganiarę. Mimo wszystko mówiłam, że w moim pokoju wcale nie ma burdelu – jest tylko artystyczny nieład. Tymczasem robiłam taki „artystyczny nieład” w pokoju mojej nowej przyjaciółki. Patrzyłyśmy, zestawiałyśmy stroje, zastanawiałyśmy się.. Po krótkiej chwili usiadłyśmy zrezygnowane na łóżku – miałyśmy inne rozmiary, więc nic nie pasowało na mnie i nie leżało na mnie naturalnie. Sophie była wyższa ode mnie i jej ubrania wisiały na mnie jak na wieszaku, a żeby jechać do Instytutu musiałam wyglądać wiarygodnie ubrana w ciuchy które na mnie pasują.
- Możemy spróbować wziąć coś od Anny.. – zaczęła pokojówka.
            Uniosłam głowę.
- To druga pokojówka, pomaga między innymi w kuchni tak jak ja. – dopowiedziała – Macie podobną posturę więc może jej ubrania by pasowały.
            Kiwnęłam głową i wstałam stękając jak staruszka z reumatyzmem. Nieprzespana noc i ostatnie wrażenia nie podziałały dobrze na mój organizm. Ledwo żywa pomyślałam z lubością o ziółkach Geralda, które nam przygotowywał po wyczerpujących misjach. Od razu stawiały na nogi prędzej i skuteczniej niż kawa.
            Poszłam za Sophie do pokoju Anny. Znajdował się kilka metrów dalej, na tym samym korytarzu. Zapukałyśmy do drzwi i otworzyła nam niewysoka blondynka. Miała proste, długie, jasne włosy z lekko złotopomarańczowym brzydkim odcieniem; dostrzegłam odrosty - włosy były farbowane. Ubrana była w jeszcze krótszą niż Sophie czarną sukienkę, fartuszek i kabaretki. Zmierzyła nas szaroniebieskimi oczami i zacisnęła wąskie usta. Oparła się o drzwi, unosząc brwi.
- Anno… - zaczęła Sophie.
- Co chcesz tym razem? – zapytała niezbyt przyjaznym tonem. Miała niski, nosowy glos i zero sympatii w jego brzmieniu. W oczach też nie dostrzegłam nic głębszego. Ledwo na mnie popatrzyła; traktowała mnie jak powietrze.
- Pożycz parę ubrań dla Katy, nie ma własnych ciuchów, musi dopiero po nie jechać, a nie może pojawić się tam w takim stroju.. – zaczęła wyjaśniać trochę nieskładnie Sophie, ale Anna jej przerwała:
- Nie tłumacz, wiem wszystko – blondynka zmrużyła oczy zerkając na mnie – Ta kolejna wampirza dziwka nie dostanie ode mnie niczego.
- Co? – zapytała skonfundowana brunetka, a ja uniosłam brwi.
- Słyszałaś. – oświadczyła Anna i założyła ręce na piersi – Chcecie coś jeszcze? Bo mam coś do załatwienia z Alucardem.
- Nie, nic, ale powiedz co się stało..? – pytała dalej Sophie.
- Nieważne – Anna uniosła oczy ku górze jakby się modląc „dlaczego niektórzy są takimi debilami”. – Już? Bo jestem zajęta.
- Ale.. – zaczęła Sophie ale siłą została wyparta z progu pokoju. Anna zatrzasnęła drzwi przed naszym nosem.
            Chrząknęłam.
- Co to miało być? – zapytałam. Nie byłam oburzona takim potraktowaniem mnie. Tacy ludzie mnie raczej bawili, a nie denerwowali.
- Nie wiem.. – odparła wolno brunetka – Zwykle się tak raczej nie zachowuje, to znaczy.. nie obraża tak przypadkowych osób.
- Rozumiem, ale.. wampirza dziwka? – mruknęłam rozbawiona. – w dodatku kolejna?
- Jest może lekko sfrustrowana, ale..
- Lekko? – wyszczerzyłam się.
- Dobra, nie ważne. Pogadam z nią później i dowiem się o co chodzi, bo zareagowała naprawdę dziwnie. – powiedziała Sophie – A teraz chodź, pożyczę ci jednak jakieś moje ubrania.

            Wróciłyśmy do jej pokoju gdzie nałożyłam szorty z podwiniętymi nogawkami i poprzecieranym gdzieniegdzie materiałem oraz koszulkę w cienkie paski, której przód włożyłam w szorty by jakoś ją „zmniejszyć”. Do spodni musiałam wziąć pasek. Gdy już jako tako wyglądałam, poszłam do kuchni z Sophie na szybkie śniadanie składające się z kawy i kilku ciastek. W głowie kołatała mi myśl o tym jak Anna powiedziała, że ma coś do załatwienia z Alucardem i wyrażenie ,,wampirza dziwka”. Sama nie była ubrana bardziej przyzwoicie niż prostytutka, więc o co tu chodzi? Niby nie jest to jej normalne zachowanie, ale skąd taka wrogość wobec mnie, gdy jeszcze nawet mnie nie poznała? Tonem głosu brzmiała jakby za wszelką cenę chciała podkreślić, że jest tu „kimś”, szczególnie dla tego wampira.. Skrzywiłam się. Nie miałam pojęcia o co jej chodzi i postanowiłam nie zawracać sobie na razie nią głowy. Mam ważniejsze sprawy niż myślenie o jakiejś płytkiej niestabilnej emocjonalnie osobie. Dopiłam kawę i chwyciłam jeszcze ciacho na drogę. Popędziłam do holu głównego; ku mojej radości nie zgubiłam się – mój niezawodny zmysł orientacji nadal działa. Przy drzwiach wyjściowych czekał Walter by zabrać mnie do „byłego domu”, jak już mogłam tak to określić.
*********
Jako taki rodział trzeci.  W następnym zapowiedz wyjazdu na którym COŚ BĘDZIE :D

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Rozdział 2 ~~ "Prawda ma smak wina, amour.."

Czasem jest coś nie na miejscu. Robisz coś i wydaje się że o czymś zapomniałaś, że nie wykonałaś czegoś wystarczająco, że coć powinno wyglądać zupełnie inaczej. Masz wrażenie że spośród tylu możliwości wyboru, ty wzięłaś tą wersje niepełną, gorszą. A co jeśli się okaże że twoje dotychczasowe życie bylo czymś takim? Zyjesz, a nagle bum! wszystko zmienia się o 180`. Nijak nie da się przystosować, ciągle pojawia się pytanie "co by było gdyby..?". Wersji jest tyle ile ktoś ma wyobraźni, jednak nawet najgorsza moze okazać się być tą lepszą, bo ciekawszą od stabilnej stagnacji którą również miało się do wyboru. Działasz albo rezygnujesz. 
----------------------------
 Obudziłam się w wielkim łóżku z kolumnami i puchową szkarłatną pościelą. Czułam się jakbym miała wielkiego kaca, opcjonalnie jakby mnie przejechał walec drogowy. Leżałam i wpatrywałam się w sufit. Gdzie ja do cholery trafiłam? Kim był ten facet w czerwonym płaszczu? Jak zdołał zabić w kilka sekund całą armię zombie? Czy naprawdę przeniósł mnie do tego Hellsing (czymkolwiek to było)?  Czując się tak jakbym właśnie zmartwychwstała, pomarudziłam jeszcze przez parę minut, aż końcu postanowiłam wygrzebać się z pościeli, a przynajmniej spróbować podnieść się do pozycji siedzącej.
            Ziewając i przeczesując zmierzwione włosy rozejrzałam się po pokoju. Cały był w odcieniach czerni, bieli i szkarłatu. Po prawej znajdowało się okno z zasuniętymi czerwonymi zasłonami, przez które wpadało przytłumione światło zachodzącego słońca. Po lewej było wyjście z pokoju, a naprzeciwko łóżka łazienka. Poza tym mieściła się tu szafa, stolik, dwa fotele, komoda i szafka nocna z małą lampką. Podłoga, drzwi i inne meble były z ciemnego dębowego drewna. Wyglądało to trochę jak jakiś pokój hotelowy.
            Wysunęłam się z łóżka i postawiłam stopy na puchatym białym dywanie. Z konsternacją zauważyłam że wciąż mam na sobie zakrwawione ciuchy. Skrzywiłam się, zniesmaczona. Wolno wstałam, a gdy stwierdziłam, że zawroty głowy zupełnie minęły powędrowałam do łazienki.
            To pomieszczenie było całe w bieli. Na szafce zauważyłam ręczniki i ubranie złożone w kostkę, a na niej karteczkę z dopiskiem ,,tymczasowo ubierz to”. Prychnęłam widząc żółtozielony mundur policyjny na który składała się krótka spódnica, koszula i gruby pasek. Buty miałam własne – czarne vansy.
            Spojrzałam w lustro odchylając materiał stroju przy lewym ramieniu. Rany nie było widać, została tylko blizna. W zamyśleniu potarłam tamto miejsce; teraz miałam wobec wampira dług. Ocalił mi życie więc muszę respektować co powie, ewentualnie to jakiej ceny zażąda.. Wzdrygnęłam się i weszłam pod gorący strumień wody, z obrzydzeniem zrzucając z siebie zniszczony strój bojowy. Był już do niczego, zostały same zakrwawione strzępy. Teraz musiałam zmyć z siebie cały ten brud, oczyścić z chaosu wewnętrznego i zewnętrznego.
            Nie miałam już nic. Moja grupa łowców została pewnie przemieniona w zombie, opcjonalnie zabita, moje rzeczy są niewiadomo gdzie, raczej już ich nie odzyskam, zaginęła moja stela, a bez niej jestem jak bez ręki – nie mogę narysować sobie  runów leczniczych, obronnych, dodających rożnych umiejętności, wzmacniających..  Nie mam nawet telefonu. No pięknie.
            Ze złością owinęłam się ręcznikiem wychodząc z kąpieli, drugim zaczęłam wycierać włosy. Wyszłam do pokoju i zauważyłam na łóżku list. Uniosłam brwi. Ewidentnie do mnie, jest nawet podpis: ,,Katy”. Otworzyłam go z ciekawością a moim oczom ukazało się cienkie, pochyłe ozdobne pismo. Przeczytałam następującą treść:
,,Lady Katherine,
Pragnę przeprosić za zbyt duży rozlew krwi. Mam nadzieję, że to Cię nie przeraziło.
Na stoliku masz wzmacniający napój, nie jest niebezpieczny – świadczę, że Ci nie zaszkodzi.
Gdy poczujesz się lepiej wyjdź na korytarz i wejdź w ostatnie drzwi po lewej; Walter przygotuje Ci coś do jedzenia – nie jadłaś od dwóch dni przez czas, gdy byłaś nieprzytomna.
Chcę się z Tobą potem widzieć.
~~Alucard
PS Na stoliku masz też parę owoców – nie chcę żebyś padła z wycieńczenia w drodze do mnie.
~~A. ‘’
            Uniosłam wyżej brwi i przeniosłam wzrok z kartki na stolik. Był tam kubek z parującym naparem oraz miska pełna słodkich owoców. Napój nie pachniał źle. Spróbowałam; smakował jak grzane wino. Co do owoców to nie miałam ochoty ich na razie ruszać. Miałam wrażenie, że mnie zemdli gdy coś zjem. Postanowiłam się jednak ubrać.   Nałożyłam firmowy policyjny mundur i wytarłam niedbale włosy. Były długie do pasa wiec miałam nadzieję że znajdę suszarkę, bo samoistnie będą schnąć wieczność. Owinęłam je ręcznikiem i chwyciłam na chybił trafił owoc z miski. Nigdy takiego nie jadłam, widać że był jakiś egzotyczny. Pachniał nieziemsko – czuć było mango, banana, ananas..  Nagle  przerwało mi pukanie do drzwi.
- Hm, proszę wejść! – krzyknęłam odrzucając owoc w miskę tak, że zachwiała się niebezpiecznie, a ja rzuciłam się ku niej by ją przytrzymać. No świetnie, najlepiej rozwalić im cały dom na wejście. To tak bardzo w moim stylu..
            Do pokoju wszedł starszy mężczyzna z poprzetykanymi siwizną ciemnymi włosami zaczesanymi do tyłu i jasnymi oczami. Spostrzegłam, że ma monokl na nosie zamiast tradycyjnych okularów. Styl miał elegancki, jego ubranie przypominało trochę strój lokaja. Odezwał się głębokim głosem:
- Jestem Walter, Sir Alucard kazał mi sprawdzić jak się czujesz.
- Dziękuję, już jest w porządku. – odpowiedziałam – Ale byłabym wdzięczna za informację gdzie jestem i dlaczego. – wyjaśniłam krzyżując ręce na piersi.
- Oh, Lady Integra wszystko wyjaśni. Chce się spotkać z tobą, gdy odzyskasz siły – powiedział Walter – Rozumiemy jednak, że możesz być wyczerpana. Na końcu korytarza jest kuchnia, przyjdź, damy ci coś do jedzenia. Sir Alucard nie byłby zadowolony, że głodujesz.
- W porządku.. Ale co on ma do tego, co go obchodzi czy coś jem czy nie? – usiadłam w fotelu i objęłam rękoma kubek z resztą gorącego naparu, aby ogrzać dłonie.
            Walter założył ręce za siebie i uśmiechnął się spuszczając wzrok na podłogę.
 - Nie mam w tej sprawie nic do powiedzenia, przykro mi, ale.. jedzenie polepsza jakość krwi. Stąd jego zainteresowanie tym.
            Z niewyraźną miną przełknęłam ślinę i mocniej ścisnęłam kubek z parującym napojem. Żądza krwi i wampir zaintrygowany mną, a raczej moim układem krwionośnym. Miałam ochotę w tamtym momencie stamtąd wybiec. Ciekawość jednak zwyciężyła – musiałam dowiedzieć się o co tu chodzi, kim oni są i czym jest organizacja Hellsing.
***
            Gdy wysuszyłam i ułożyłam włosy oraz ogarnęłam się, wyszłam z pokoju  i skierowałam się w lewo szukając kuchni. Na końcu korytarza było kamienne rozwidlenie prowadzące w dół  – na prawo były schody prowadzące w długi korytarz, a na lewo kilka schodków kończących się ciężkimi, drewnianymi drzwiami.  
            Pełna napięcia wolno zeszłam po kamiennych stopniach i wślizgnęłam się przez uchylone drzwi do pomieszczenia. Oparłam się plecami o dębowe wrota i zlustrowałam wzrokiem pokój. To rzeczywiście była kuchnia. Czego się spodziewałam? Średniowiecznego pokoju tortur? Celi więziennej? Kaplicy? Odetchnęłam spokojniej.
            Pomieszczenie nie było specjalnie duże. Na środku stał stół z  4 krzesłami, a przy ścianach były blaty i szafki z ciemnego drewna. Po lewej stronie niedaleko drzwi był duży kominek – piec; ten element był jak ze średniowiecznego zamku. Za stołem, pod przeciwległą do drzwi ścianą stały dwa fotele i mały stolik. Cała kuchnia miała swego rodzaju klimat. Zbliżyłam się do kominka by się trochę ogrzać.
            Chwilę potem do pokoju weszła jakaś kobieta. Była może w wieku Waltera. Włosy miała siwe, spięte w  kok. Oczy dobrotliwie spoglądały na świat, a usta były ułożone w serdeczny uśmiech. Zmarszczki na twarzy zdradzały jednak, że dużo przeszła i wiele widziała.
- Witaj Katherine, Walter mówił, że przyjdziesz. Jestem Elaine. – uśmiechnęła się.
- Uhm dzień dobry, miło mi panią poznać, ale proszę niech pani mówi Katy, nie lubię pełnej wersji imienia, Katherine jest zbyt oficjalne. – powiedziałam ostrożnie.
- W porządku, nie ma problemu Katy – odparła – Pracuję tu jako kucharka, pomagają mi Sophie i Anna.
            Od razu czujnie zapytałam:
- Przepraszam.. To ludzie czy wampiry?
            Kobieta zaśmiała się.
- Tak, to normalne dziewczyny. Wampirem jest tutaj tylko Sir Alucard – jego imię wypowiedziała z pewnym dystansem w głosie. Raczej nie była do niego nastawiona pozytywnie. – No ale pewnie jesteś głodna, blado wyglądasz moje dziecko.. Zaraz zrobię coś do jedzenia.
- Pomogę pani – zaoferowałam się. Weganizm zobowiązuje. Gdy Elanie dowiedziała się o mojej diecie, upomniała mnie oczywiście, że jestem niedożywiona i tak dalej.. Szkoda, że zamiast trochę o tym poczytać, wszyscy wolą wierzyć w bzdury. Dostałam kanapki i kakao (mleko sojowe zapożyczone z zapasów mlek do kawy Integry).
- Chodźmy do salonu, zjesz tam. – powiedziała Elanie stawiając talerz i kubek na tacy. Dołożyła do tego jeszcze dwa wysokie kieliszki i coś opakowane szarym papierem. – Takie dostałam zlecenia.. – wyjaśniła gdy napotkała mój pytający wzrok. Westchnęła patrząc na mnie z troską w oczach.
            Z niewyraźną miną ruszyłam za nią. Przeszłyśmy przez parę schodków i korytarzy aż znalazłyśmy się pod drzwiami pomalowanymi na biało, przyozdobionymi złotymi elementami. Weszłyśmy do środka. Elaine od razu skierowała się na prawo, a ja ogarnęłam wzrokiem pokój. Ściany były obite do połowy ciemną boazerią, na górnej części znajdowała się  złoto-biała tapeta z wzorzystymi, delikatnymi ornamentami. Lewą stronę pomieszczenia zajmowały półki z książkami. Naprzeciwko drzwi były trzy wielkie okna. Po prawej znajdował się kominek, ława, fotele i sofa na której leżał, a raczej BYŁ ROZWALONY Alucard. Z leniwym uśmiechem na ustach bawił się sztyletem. Tam właśnie skierowała się Elaine. W fotelu koło okna przy biblioteczce, koło fortepianu siedział Walter i pił kawę czytając coś. Widząc mnie uśmiechnął się i skinął głową wstając. Odwzajemniłam gest.
            Podeszłam do mebli przed kominkiem. Alucard spojrzał na mnie uśmiechając się i odsłaniając jednocześnie kły. Dojrzałam, że znów nie miał kapelusza ani okularów.
- No nareszcie, jeszcze chwila a sam bym do ciebie poszedł – powiedział rzucając sztyletem w ramę obrazu naprzeciwko niego. Wytrzeszczyłam oczy.
- Alucard. – skarciła go Elanie. – Lady Integra nie będzie zadowolona.
- Tak tak – machnął ręką wampir podnosząc się do pozycji siedzącej i zakładając nogę na nogę – ,,Alucard! Co ty sobie wyobrażasz?! TO MACHOŃ!” – zaczął parodiować kobiecy głos i przewrócił oczami.
            Uśmiechnęłam się lekko.
- A ty możesz usiąść, Łowczyni Demonów – powiedział wampir mierząc mnie wzrokiem i odchylając się na oparcie kanapy z założonymi pod głowę rękami – Nie lubię, gdy ktoś nade mną stoi, a nie chcę jeszcze używać na tobie siły.
            Uśmiech zastąpiłam podejrzliwym wyrazem twarzy. Kątem oka zobaczyłam jak Elaine wycofuje się i idzie w kierunku Waltera. Oboje wymienili kilka słów i wyszli z pokoju. Czyli zostałam z tym świrem sama. Świetnie.
            Patrząc badawczo na wampira usiadłam na skraju fotela.
- Nie bój się, mebel cię nie ugryzie – powiedział na wstępie Alucard, odsłaniając rząd ostrych zębów.
- Niczego się nie boję – prychnęłam i usiadłam wygodniej.
- Mógłbym Cię przekonać, że jednak potrafisz się bać, ale nie chcę marnować czasu. Teraz.. musimy porozmawiać. – mówiąc to wstał i podszedł do regału skąd wyjął butelkę wina. Otworzył ją i nalał ciemnoczerwonego płynu do kieliszków. Jeden podsunął do mnie. Popatrzyłam obojętnie na alkohol. Nagle coś mi zaświtało w głowie.
- Alucard, skąd wiesz, że jestem Nocnym Łowcą? – zapytałam.
- To proste, widziałem twoją broń, to jak walczyłaś i znaki na twoim ciele. – odparł.
- Dobra, a dlaczego mnie uratowałeś? – wyrzuciłam z siebie. Najwyższy czas się dowiedzieć. Miał w tym jakiś szczególny, własny cel..?
            Alucard upił łyk wina i zamyślił się wbijając wzrok w krwistą ciecz na dnie kielicha. W końcu spojrzał na mnie i  odpowiedział:
- Szczerze to  nie wiem. Może dla zabawy.. Bo się nudziłem.. Dla towarzystwa… Dla..krwi. – odstawił naczynie na stolik znów uśmiechając się szatańsko – Powodów jest mnóstwo, wszystkie mają w sobie trochę prawdy.
- Powiedziałeś.. – zaczęłam z trudem, siedząc jak na szpilkach – coś o krwi. Mojej krwi. Wtedy gdy ratowałeś mnie w fabryce.
- Ach tak, pamiętam – powiedział przeciągając sylaby i znowu odchylając się na oparcie kanapy. Wbił we mnie wzrok i przesunął językiem po zębach.- Ma w sobie coś.. wyjątkowego.
- Dlaczego? Co w niej takiego jest? – odsunęłam się od niego cała spięta.
- Cóż krew dziewic jest najlepsza – zaczął, a ja zaczerwieniłam się lekko, na co Alucard zaśmiał się cicho – Masz w żyłach krew aniołów, Nocny Łowco. To zapewne poprawia jakość. Piłem już taką krew ale smakowała gorzej niż twoja, musi być coś jeszcze.. – zmarszczył brwi w zamyśleniu.
- Sposób odżywiania ma wpływ? – podsunęłam.
- Oh tak – mruknął – domyśliłaś się gdy zostawiłem Ci wino i słodkie owoce, tak?
- Owszem.. – zaczęłam, ale on mi przerwał.
- Kiedyś krew była wyśmienita, teraz ludzie są.. –  nie dokończył krzywiąc się.
            Ja spojrzałam w bok. No i mamy odpowiedź. To, że nie jadłam śmieci dodatkowo poprawiało mój stan krwi. Poczułam pęd powietrza wokół siebie i zamrugałam. Sekundę wcześniej siedziałam w fotelu i rozmyślałam, a teraz półleżę odchylona na oparcie, podczas gdy jakiś psycho-wampir pochyla się nade mną trzymając mnie za ramię. Popatrzyłam na niego szeroko otwartymi oczami.
~~Słyszę co myślisz – usłyszałam w głowie – I mogę powiedzieć, że to jak się odżywiasz ma na pewno wpływ na krew. Ale naprawdę minimalny, musi być coś jeszcze..
            Serce podskoczyło mi do gardła gdy wampir ujął mój podbródek, zmuszając mnie bym lekko odchyliła głowę. Wampir pochylił się, aż poczułam jego oddech w zagłębieniu mojej szyi. Przesunął nosem po skórze wdychając mój zapach.
- Alucard.. – wycedziłam z trudem – Nie..
            Poczułam jak zaciska dłonie na moich ramionach i odsuwa się lekko tak bym mogła zobaczyć jego diabelski uśmiech.
- Nie mam w zwyczaju słuchać kogoś innego prócz Integry.. – zaznaczył.
- Chcesz mnie zabić? – spytałam cicho – Czy wykończyć? Słaba na nic ci się nie przydam.
            Chwilę patrzyłam w czerwone tęczówki wampira. W końcu odsunął się, ale wkurzający uśmieszek wciąż był widoczny na jego ustach.
- Zjedz coś i napij się. Masz rację – nie przydasz mi się będąc cieniem człowieka. – znów usiadł i założył nogę na nogę.
            Odetchnęłam i stwierdziłam że naprawdę musze coś zjeść bo padnę, a bycie w tej chwili nieprzytomną to najgorsze co mogłoby mi się przytrafić. Chwyciłam więc jedną kanapkę z talerza i podwinęłam nogi pod siebie na siedzenie fotela. Wampir mruknął coś niewyraźnie, obserwując mnie. Wziął opakowaną paczkę z tacy i odwinął z papieru. Zemdliło mnie, gdy zobaczyłam, że to krew medyczna.
- Tak, mnie też mdli, ale nie mam wyjścia. – prychnął Alucard i rozerwał zębami woreczek. Upił łyk.
- Jaka grupa? – spytałam lekko ciekawa biorąc w dłonie kubek z kakao.
- Najlepsza. Tylko taką zamawia mi Lady Integra. – oświadczył.
- Czyli?
- B Rh-. Jest najsłodsza i można powiedzieć najmniej spotykana.
            Zacisnęłam usta. Cholera, ja mam taką grupę krwi.. Wampir zmrużył oczy uśmiechając się.
– No i mamy kolejny czynnik świadczący o jakości i atrakcyjności krwi. – pstryknął palcami.
- Czytasz w myślach? -  wycelowałam w niego łyżeczką.
- Odruch – wzruszył ramionami.
- Nie rób tego – warknęłam.
            Wampir parsknął śmiechem patrząc na mnie pobłażliwie.
            Cholera nie da się nie myśleć o niczym.
            Alucard uśmiechał się coraz szerzej.
- Nie zapominaj: widzę, słyszę i wiem wszystko co chcę. Nie ukryjesz niczego, jeśli będę chciał się o tym dowiedzieć.
            Zadrżałam. Chciałam pomyśleć o Szarej Księdze. Tam były wszystkie runy, może znalazłabym jakiś ochronny, żeby ustrzec się przed taką wampiryczną mocą. Zasępiłam się. Nie mogło mi to nawet przejść przez myśl, bo wampir zaraz by to wyłapał. Tymczasem Alucard wrócił do tematu krwi.
- Wiesz dlaczego jestem tak chętnie nastawiony do akurat tej grupy?
- B Rh-? – mruknęłam pijąc kakao.
- Tak. Kiedyś, dekady temu sam miałem krew tego rodzaju. – wyjaśnił patrząc w ogień i znów trzymając w jednej ręce kieliszek wina – To dlatego mój organizm domaga się najbardziej tej grupy, to ona jest najlepiej przyswajalna, najwspanialej smakuje. Ciało pamięta krew krążącą kiedyś w moich żyłach, nic więc dziwnego, że domagam się tej, którą kiedyś sam posiadałem.
            Słuchałam w milczeniu. To miało jakiś sens.
- A co z konfliktem serologicznym i aglutynacją krwi? – zapytałam, z czystej naukowej ciekawości. Wampir pijąc krew dzięki niej funkcjonuje. Musi być więc ona jakoś przyswajana przez organizm. A jeśli napije się dwóch różnych rodzajów jeden po drugim..? Nie wspominając o resztkach na których funkcjonował organizm przed dostarczeniem nowej porcji. Czy nie powinno się coś stać? Nie umrze, fakt, ale taka krew powinna się ,,pozlepiać”..
            Alucard przewrócił oczami. Odezwał się z niechęcią:
- Ja nie żyję, więc to mi nie zaszkodzi. Nie wiem jak to funkcjonuje.
- Ale.. – zaczęłam.
- Milcz. – rozkazał gromiąc mnie spojrzeniem – I skończ temat.
            Uciszyłam się. Bardzo wrażliwie zareagował.
- Za to.. omówimy inne warunki – zmierzył mnie wzrokiem – Cena za uratowanie życia.
            Otworzyłam szerzej oczy. No tak, mogłam się domyśleć, że nie ratuje mnie z czystej przekory i że co ważniejsze nie robi tego ZA DARMO. To było jasne, że zechce wyciągnąć z tej akcji najwięcej ile tylko się da.
- Słucham – założyłam ręce na piersiach.
- Nie możesz odmówić, masz wobec mnie dług, który musisz spłacić robiąc to co ci powiem – oznajmił wyraźnie rozkoszując się tą informacją – Warunki są takie, że pozwolisz mi napić się swojej krwi.
            Osłupiałam.
- Co? – warknęłam prostując się i napinając odruchowo wszystkie mięśnie – Nie ma mowy!
- Umowa to umowa – oświadczył wampir chwytając butelkę wina i odkorkowując ją zębami.
- Mam ci posłużyć za posiłek? – spytałam z przekąsem patrząc jak ciemnoczerwona ciecz przepływa z butelki do wysokiego kieliszka. – Może jakaś druga opcja? – zasugerowałam.
- Nie ma drugiej opcji, dziewczyno! – zirytował się Alucard – Zapłata musi być sowita,  adekwatna do wykonanego czynu, a tylko krew ma dość wysoką cenę.
- Czyli… - przełknęłam ślinę – Kiedy to zrobisz?
- Kiedy wydobrzejesz – odpowiedział wampir – Teraz Sir Integra zabroniła mi tego. Wie o układzie i o tym, że cię uratowałem, już jej wszystko opowiedziałem. Była oczywiście oburzona, chciała we mnie rzucać wszystkim czym miała pod ręką.. – uśmiechnął się krzywo.
- A jeśli odmówię? – zapytałam.
 - Przekonam cię – Alucard uśmiechnął się wyniośle.
- Rozumiem, że nie mam wyjścia? – wpatrzyłam się w płomienie w kominku.
- Dokładnie, Łowco. – przytaknął.
            Westchnęłam kierując na niego swoje płonące gniewem oczy.
- Ale nie zabijesz mnie?
- Nie, jak już wspomniałem jesteś mi potrzebna. – odparł - Dlatego dałem Ci możliwość wyboru tam w fabryce. Chciałem zabrać cię ze sobą, tu, do siedziby Hellsing. Będziesz ze mną cały czas. Żywa. Dopóki oczywiście nie zdarzy się coś przez co będę musiał uczynić cię nieśmiertelną. – dodał nonszalancko.
- Nie będę wampirem – oświadczyłam kategorycznie.
- Nie pociąga cię to? – zapytał Alucard, układając usta w coś na kształt półuśmiechu i zerkając na mnie z ukosa – Fascynacja, potem pragnienie.. Sama zobaczysz.
- Mam rozumieć że jestem więźniem, tak? – burknęłam.
            Czy kiedykolwiek mnie stąd wypuszczą? Czy jeszcze kiedykolwiek zobaczę moich bliskich przyjaciół Łowców z Instytutu? Czy odzyskam choć część swoich rzeczy?
- Jeśli będziesz się dobrze zachowywać to tak, pozwolę ci iść pożegnać się do Instytutu i wziąć swoje rzeczy. – oznajmił niedbale Alucard.
            Zacisnęłam pięści. Znowu to robił! Czytał mi w myślach. To było chore i cholernie mnie wkurzało. A co więcej, odnosił się do mnie jakbym naprawdę była więźniem na jego łasce.
- Wynocha z mojej głowy! – wrzasnęłam i rzuciłam w niego łyżeczką trafiając w jego policzek. Alucard uniósł brwi zaskoczony, gdy krwawa pręga jak po oparzeniu, po dotknięciu łyżeczki zostawiła ślad na jego skórze.
            Srebro. Rani wampiry.
            Oczywiście nietrwale, bo rana zaraz się zagoiła i kilka sekund potem nie było śladu po otarciu.
            Alucard spojrzał na mnie. Przeraziłam się tego wzroku.
- Nigdy więcej nie podnoś na mnie ręki – warknął – Powinnaś zostać ukarana..
- Ale.. mam jeszcze nietykalność osobistą – zaprotestowałam niemrawo.
            Wampir momentalnie stanął nade mną, pochylił się i wbił palce w moją szyję. Jęknęłam.
- Głupia – syknął, a ja popatrzyłam na niego ze złością. Poczułam przypływ siły. Powiedziałam żeby nie czytał w myślach, nie posłuchał; poza tym traktował mnie po chamsku, jak jakąś rzecz.. To wystarczyłoby żeby ktokolwiek stracił panowanie nad sobą.
- Dupek z ciebie – zaczęłam – Zachowujesz się jak arogancki władca świata, a jak ktoś ci radzi, żebyś spuścił trochę powietrza ze swojego nadętego ego, to już rzucasz się na niego z łapami i zębami.
            Alucard puścił mnie z beznamiętnym wyrazem twarzy. Serce trzepotało mi w piersi jak wystraszony ptak. Umysł miałam jednak chłodny i spokojny. Potrafiłam wyciszyć nerwy i emocje. Może przez znaki, a może wystarczyła tylko silna wola.
- Przepraszam – powiedział wolno cofając się. Czyżby naprawdę wzbudził w sobie poczucie winy? Nie zdążyłam zapytać bo coś nam przerwało.
- Alucard, robisz się stary i sentymentalny – odezwał się czyjś głos spod drzwi wejściowych. Stała tam kobieta ubrana po męsku - w garnitur. Miała jasne długie włosy, okrągłe okulary na nosie i cygaro w ustach.
            Wampir odwrócił się do niej i rzekł:
- Zdefiniuj proszę słowo ,,stary”, mam prawie 600 lat.
            Kobieta wykrzywiła usta w uśmiechu.
- Nie przeszkadzajcie sobie, wezmę tylko jedną książkę. Jutro chcę was widzieć w moim gabinecie – oznajmiła blondynka i podeszła do regału z książkami.
- Ależ oczywiście moja pani Integro. – Alucard skłonił się lekko, ale charakterystyczny uśmiech wciąż błądził na jego ustach.
- I zachowuj się sługo, nie zamęcz jej – Integra wskazała na mnie – Jest już późno w nocy, ludzie potrzebują snu.
- Ona jest moja, nie twoja – uciął wampir, a ja przewróciłam oczami.
- Nie jestem niczyja – uściśliłam – Niech pani go pod tym względem nie słucha, ubzdurał coś sobie.
            Integra wykrzywiła usta w uśmiechu.
- Cóż, podoba mi się – powiedziała – oczekuję was niedługo. Musimy omówić twoje przyjęcie do organizacji. – zwróciła się do mnie.
- Moje przyjęcie do organizacji? – powtórzyłam jak echo.
- Organizacja Hellsing – wyjaśnił nonszalancko Alucard.
- Możesz jej powiedzieć coś niecoś o ile zechce Cię słuchać – powiedziała Integra i wyszła zamykając za sobą drzwi.
            Byłam pozytywnie zaskoczona. Nie myślałam, że wyskoczą z taką propozycją. Zakładałam, że zrobią mnie pokojówką, przenośną spiżarnią, sprzątaczką czy nawet kucharką.. A tu takie wyróżnienie.
- Przyjmiecie mnie do organizacji? – spytałam żeby usłyszeć to jeszcze raz i się upewnić.
- Oczywiście, tak jak słyszałaś. – oznajmił Alucard i zamieszał winem w kieliszku.
- Co bym miała tu robić? – spytałam.
- Oh no wiesz.. walka, jazda na misje.. Ze mną oczywiście. Po to Cię zabrałem, wydałaś mi się odpowiednią osobą. – odpowiedział, a zaraz kontynuował – Zajmujemy się głównie zabijaniem ghouli.. To twoje zadanie, dla mnie zostają przypadki cięższego kalibru. – zaznaczył.
            Spojrzałam na niego sceptycznie.
- Dla mnie zostają jakieś nudne zombie, a Ty zabierasz sobie ciekawe przypadki i zgarniasz całą rozrywkę? Wątpisz w moje umiejętności?
            Wampir uniósł lekko kąciki ust spoglądając na mnie.
- Dobrze, zrobimy test. Sprawdzę cię jeśli tak bardzo chcesz. – oznajmił – I tak.. – dodał po chwili – wątpię w twoje umiejętności.
            Sapnęłam z irytacji i odwróciłam się od niego w kierunku okna. W ciemności widać było przez nie kawałek terenu wokół posiadłości i dalekie latarnie przy bramie. Zerkając to na okno to na ogień w kominku dokończyłam ,,kolację” i zwinęłam się  w kłębek w fotelu. Myślałam, że zostałam sama w pomieszczeniu, wampir nie dawał znaku życia przez ostatnie minuty. Chciałam wstać i trochę się rozejrzeć, może przejrzeć kilka książek.. Odwróciłam się powoli wstając i zaklęłam.
- Cholera, Alucard.. – spojrzałam na niego ze złością – Nie czaj się tak.
            Wampir siedział na kanapie i uważnie mnie obserwował. Gdy się odezwałam uniósł brew.
- Myślałem, że zamierzasz  tu spać. – odparł leniwie.
- A Ty chciałeś tu siedzieć całą noc i patrzeć jak śpię? – spytałam z przekąsem zakładając ręce na piersi.
- A co tu innego można robić – wzruszył ramionami.
- Możesz przynieść mi jakiś koc – zaproponowałam. Nie chciało mi się wracać do pokoju. Lubiłam siedzieć przy kominku, a śpiąca aż tak nie byłam; wystarczyło mi snu przez ten wypadek i ostatnią prawie śpiączkę.
- Nie sądzę – Wampir zlustrował mnie spojrzeniem. – Co bym z tego miał?
- Moją sympatię. – odparłam.
- Do diabła, żartujesz sobie ze mnie? – prychnął wampir.
- Wiem co byś chciał i nie zamierzam przehandlować pół litra krwi przez jakąś głupotkę. – burknęłam i znów się od niego odwróciłam. Zadrżałam z zimna. Noce są chłodne szczególnie w starych wielkich budowlach o zimnych kamiennych murach. Wtem usłyszałam zrezygnowane westchnięcie i kroki. Kątem oka zauważyłam jak wampir wnika w ścianę. Gapiłam się parę sekund w tamto miejsce. Naraz potrząsnęłam głową i otrzeźwiałam. Wróciłam wzrokiem do płomieni na kominku. Ziewnęłam i przymknęłam oczy czując ciepło ognia na powiekach.
            Obudziło mnie miarowe kołysanie. Półsenna zamrugałam i spostrzegłam że Alucard znowu mnie gdzieś niesie. Nie trzęsłam się już z zimna – dotarło do mnie, że jestem opatulona jego płaszczem. Nie chciało mi się wyrywać i z nim kłócić. Było mi tak ciepło, a płaszcz pachniał prochem strzelniczym, krwią, miętą, wyczuwalnie słodkim zapachem wina oraz nutą czegoś wspaniałego, czego nie potrafiłam nazwać. Była to magnetyzująca mieszanka zapachów, miała w sobie coś upajającego.. Otrząsnęłam się niezauważalnie i zacisnęłam usta. Zaciągać się jego zapachem? Ja? Nie ma mowy! Odwróciłam nieznacznie głowę i po chwili znowu zapadłam w sen.
.
Alucard’s pov.
            Ta mała Łowczyni ma w sobie coś irytującego i zabawnego jednocześnie. Muszę za nią teraz biegać, cholera.. ale poniekąd sam tego chciałem.
            Może zrobiłem błąd..?
            Zamyśliłem się. Nie, myślę że jest warta tego i odpowiednio mi się przyda. Ciekawie będzie mieć po swojej stronie, pod swoimi rozkazami Nocnego Łowcę.
            Zerknąłem w dół na dziewczynę w moich ramionach. Oddychała miarowo i spokojnie wtulając nos w mój płaszcz. Zaśmiałem się cicho. Tak, wdychaj mój zapach, może wtedy łatwiej będzie cię do mnie przekonać byś była bardziej mi posłuszna.
            Doszedłem do jej pokoju i otworzyłem drzwi. Nie mogłem jej zostawić śpiącej w salonie, inaczej mógłbym się już przygotowywać na wrzaski Integry. Ułożyłem Łowczynię na łóżku i spróbowałem odzyskać swój płaszcz, ale kurczowo ściskała fragment w dłoniach. Warknąłem z irytacją.
-Katherine, no dalej, puść.. Tego akurat nie mogę ci dać.
            Dziewczyna otworzyła powoli oczy.
- Alucard? – spytała sennie i rozluźniła uścisk. Wyjąłem płaszcz z jej rąk i zarzuciłem na siebie.
- Nie gryź… - wymamrotała niewyraźnie, a kły wysunęły mi się odruchowo.
- Hm.. – mruknąłem mrużąc oczy i uśmiechając się – pozwolę ci tej nocy spać, nie ugryzę. – zbliżyłem się do jej twarzy siadając na łóżku. Wzrok skupiłem na szyi. Wolno przesunąłem palcem po tętnicy wyczuwając stabilny puls tłoczący przepyszną słodką krew silnymi falami w każdy zakątek jej organizmu. Bardziej wyostrzyły mi się zęby i bezwiednie przesunąłem nosem po skórze jej szyi tuż nad tętnicą, upajając się zapachem. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że jest w niej coś znajomego, coś co wyróżnia ją spośród innych moich dawczyń.
***
            To na pewno był sen. A jeśli nie to.. Musiałam to przerwać o ile nie chcę skończyć jako wysuszona mumia. Leżałam, udając, że śpię. Wampir ewidentnie na mnie wpływał, czułam się senna, bezwolna i jak naćpana.
            Przypomniałam sobie o naszyjniku który wciąż miałam na sobie. W wisiorku był fragment steli. Nie miałam pojęcia czy zadziała, ale warto spróbować. Postanowiłam zaryzykować.
            Gdy wampir przysunął się bliżej mnie, delikatnie przesunęłam rękami tak by jedną dosięgnąć łańcuszka na szyi. Modląc się żeby nie zdążył mnie ugryźć chwyciłam kamień i szybko nakreśliłam na skórze w okolicy mostka run tarczy ochronnej. Poczułam ciepło rozchodzące się po ciele a zaraz potem zdjęcie ,,ciężaru” z okolic mojej szyi i większą swobodę ruchów. Alucard błyskawicznie odsunął się ode mnie. Siedział teraz zdystansowany, ale jednocześnie rozbawiony. Uniósł jedną brew patrząc na mnie.
- Jestem pod wrażeniem – odezwał się – Znalazłaś na mnie sposób.
            Oddychałam szybko wpatrując się w niego dzikim wzrokiem.
- Miałeś jeszcze nic nie robić w sprawie upominania się o spłacenie długu. – burknęłam – A bronić się jakoś muszę. To naturalny odruch Łowców  w styczności z potworami.
            Alucard zaniósł się lekko psychopatycznym śmiechem.
- Niczego Ci jeszcze nie zrobiłem, jesteś przecież cała. – powiedział wstając. Pochylił się nade mną i dwoma palcami ujął mnie pod brodę i uniósł ją tak bym na niego spojrzała - Niemniej jednak.. Musisz być gotowa.

            Zacisnęłam usta robiąc kwaśną minę. Wampir szczerząc się odsunął się ode mnie i wniknął w ścianę pozostawiając mnie samą w nieokreślonym stanie psychicznym. Zaciskając dłonie w pięści słyszałam jego cichy śmiech. 
-------------------------------
Przepraszam za wstawkę o weganizmie ale jak pisałam ten rozdział miałam wielką zajawkę na zdrowe odzywianie. Poza tym.. to naprawdę ma wpływ na jakość i zapewne smak krwi :D 
W następnym rozdziale w końcu będzie rozmowa z Integrą i pojawi się coś istotnego o przeszłości Katy ;)

wtorek, 16 czerwca 2015

Rozdział 1 ~~ ,,Każdy zabójca zasługuje na trochę rozrywki."

Pierwszy rozdział można  traktować jako Prolog. Jest to podobna akcja do tej znanej z anime (gdy Alucard pierwszy raz spotyka Seras), też jest akcja ratunkowa tylko że.. inna. No i główną postacią nie jest Seras tylko Katy, bohaterka opowiadania, Nocna Łowczyni. :p Jest jednak sporo zmienione, dużo istotnych szczegółów. 
Piszę na próbę, bo lubię, co z tego wyjdzie to zobaczymy.
---------------
            Ze zdeterminowaną miną ruszyłam w kierunku fabryki. Pod podeszwami moich czarnych vansów zachrzęścił gruz – resztki zburzonych ścian i okolicznych budynków.  Wszystko był totalną ruiną; w rejonie panowała pandemia, tajemnicza choroba rozprzestrzeniała się w zatrważającym tempie. Świadkowie mówili że ludzie zachowują się i wyglądają jak zombie. Z pewnymi wyjątkami.. Inaczej wyglądali i zachowywali się przywódcy - bladzi i nadludzko silni. Nasza diagnoza była jasna: wampiry i ghoule. 
            Poprawiłam pas z bronią i obciągnęłam bluzkę z czarnego obcisłego materiału. Mój strój bojowy był cały w czerni. Jestem Nocnym Łowcą, więc żaden wampirzy zombie mnie nie zaskoczy. Ścisnęłam w dłoni miecz z anielskiego tworzywa, o ostrzu nasączonym wodą święconą. Miałam jej w dodatku dwie buteleczki, tak na wszelki wypadek.
            Z daleka słyszałam jak inni członkowie grupy wykańczają po kolei ghoule-zombie. Ja zajęłam się przywódcą klanu. Zlokalizowałam więc cel na piętrze opuszczonej fabryki i rozglądając się czujnie na boki, wspięłam się po schodach. Powoli otworzyłam drzwi głównej hali, wślizgnęłam się do środka i omiotłam wzrokiem pomieszczenie. Pełne było odłamków szkła, papierów, kawałków mebli i jakichś maszyn. Wzdłuż sali stały nawy z półkami, na które padało blade światło księżyca wpadające przez okna z resztkami szyb w okiennicach. 
            Nagle dojrzałam jakiś ruch za jedną z półek na końcu pomieszczenia. Zmarszczyłam groźnie brwi; to była jakaś  postać. Brudne, plugawe stworzenie zabijające wszystko co popadnie. Stwór był  daleko,  więc schowałam miecz, jednocześnie wyciągając błyskawicznie pistolet ze srebrno-żelaznymi kulami. Usłyszałam jak wampir się zaśmiał. Długie kły błysnęły w bladym świetle księżyca.
- Nie jesteś w stanie mnie zabić, Łowco – powiedział, powoli podchodząc bliżej mnie.
- Zdziwisz się – wycedziłam unosząc broń również idąc w jego kierunku by mieć pewniejszy strzał.
            Nagle zniknął. Zamrugałam zaskoczona. Obejrzałam się za siebie. Pustka i cisza. Wtem usłyszałam dźwięk od którego włosy zjeżyły mi się na głowie – ociężały odgłos wielu kroków i oddechy dużej grupy.. osób? Z powrotem obróciłam się ku miejscu gdzie widziałam wampira i otworzyłam szerzej oczy. Z naw zaczęły wychodzić ghoule – strażnicy swojego Pana. Było ich całe mnóstwo. Przełknęłam ślinę, a broń w mojej dłoni zadrżała. Cofnęłam się o krok wpadając na kogoś. Gwałtownie wciągnęłam powietrze, gdy czyjeś ramiona oplotły mnie od tyłu i skutecznie unieruchomiły. Broń wypadła mi z ręki i z głuchym odgłosem uderzyła w posadzkę.
- Mówiłem, że mnie nie zabijesz – usłyszałam tuż obok mojego ucha złośliwy głos Przywódcy.  Stojący nieopodal strażnicy-zombie zaśmiali się szyderczo.
            Dłonie wampira przesunęły się – jedna na moją talię obejmując mnie wpół, a druga przez moje piersi na szyję.
- Puszczaj mnie! – jęknęłam próbując się wyrwać i dosięgnąć mojego sztyletu, wody święconej, czegokolwiek…
-Siedź grzecznie i nie wyrywaj się, jesteś mi potrzebna. – zastrzegł wampir zaciskając ręce na moim ciele. – I nie radzę krzyczeć..
            Warknęłam z bezsilnej złości i kopnęłam go w kolano. Syknął i wbił palce w moje ciało.
- Głupia, zapłacisz za to. Zabiję cię.. Powoli i boleśnie.. Ale najpierw.. – zaczął syczeć  złowieszczo, delektując się  groźbą. Zacisnęłam zęby. Czułam już jego oddech na szyi i paznokcie rozrywające materiał mojej koszulki na obojczykach.  
            Zacisnęłam powieki przygotowana na najgorsze..
            W tej samej chwili usłyszałam jak z hukiem otwierają się drzwi wejściowe do hali. Otworzyłam oczy i zamarłam. Stał tam wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna. Elegancko, aczkolwiek trochę nietypowo ubrany. Wzrok przykuwał czerwony płaszcz, kapelusz i okulary z pomarańczowobrązowymi szkłami. Twarz miał ukrytą w cieniu pod kapeluszem, trudno więc było ocenić jego wiek. Na pierwszy plan wysuwał się srebrny pistolet trzymany w jego prawej ręce .. wymierzony centralnie we mnie. Przełknęłam ślinę. Ratunek? Gość nie wygląda na wybawiciela. Mimo wszystko..  Mam zacząć skręcać mój naszyjnik nadziei..?
- No no, nie radzę w ten sposób marnować krwi – odezwał się człowiek w szkarłacie i wciągnął powietrze – w dodatku tak dobrej jakości.. Puść ją, nie będę powtarzał dwa razy.
- Kim ty jesteś żeby wpadać tu i mieć czelność mi rozkazywać? – prychnął Przywódca nadal trzymając mnie w żelaznym uścisku.    
            Nowoprzybyły uśmiechnął się ukazując rząd białych zębów.. i wyraźnie widoczne, ostre kły. Rozszerzyły mi się źrenice. Wampir? Kolejny Przywódca? Wbijałam w niego wzrok, zszokowana.
- Jestem Alucard – przedstawił się– więcej nie musisz wiedzieć, do niczego już ci się to nie przyda – skwitował podchodząc bliżej na co strażnicy-zombie unieśli broń.
- Alucardzie, przeszkadzasz mi, dam ci szansę przeżycia jeśli teraz odejdziesz.. w szybkim tempie. – wycedził podenerwowany Przywódca.
            Alucard zaśmiał się złoswieszczo, przez co przebiegł mnie dreszcz. Przywódca warknął coraz bardziej rozeźlony swobodnym zachowaniem przybysza. Szkarłatny Łowca nic sobie z tego nie robił. Zaczął mówić:
- Czy ty naprawdę sądzisz ze twoje groźby robią na mnie wrażenie? Że mógłbym negocjować  z kimś takim jak ty? Że, co najważniejsze – parsknął śmiechem – ty i twoja grupka ghouli jesteście w stanie mnie zniszczyć?
- Mam dość, zabić go! – warknął wampir- Przywódca dając rozkaz swojemu klanowi.          Alucard dalej stał w lekceważącej pozie, uśmiechając się pobłażliwie; nawet gdy z karabinów zombie posypał się na niego grad pocisków. Otworzyłam usta teraz już całkiem przerażona. Kule przeszywały wampira na wylot, a on mimo tego wciąż uśmiechał się złowieszczo. W końcu padł na ziemię ( albo raczej to co z niego zostało), a Przywódca zaczął się triumfalnie śmiać. Szarpnęłam się, zaciskając pięści. Teraz naprawdę nic mnie już nie uratuje. Odpalenie karabinów tylko zacisnęło mentalny naszyjnik nadziei na mojej szyi. Zacisnęłam wargi i spuściłam głowę. Płakać nie będę, nigdy tego nie robiłam – było to oznaką słabości, niepożądaną i eliminowaną cechą u Łowców.
            Odetchnęłam głęboko i lekko uniosłam głowę. Zaraz potem zmarszczyłam brwi. Coś było nie w porządku.. Przez okna wlewał się intensywny blask promieni księżyca. W ich świetle kawałki ciała i kałuże krwi zaczęły się scalać ze sobą. Zamrugałam. ,,Wampiry mające dużą moc mogą się przecież regenerować, no tak.. Musi to być potężny wampir” – myślałam śledząc ruchy czarnej mgły oplatającej zregenerowanego już wampira.
~~,,Nie mylisz się” – usłyszałam w głowie. To był ten sam głęboki głos Szkarłatnego Łowcy słyszany przed hukiem strzałów broni zombie. Stał przed nami w prawie nienaruszonym stanie, z kpiącym uśmieszkiem na ustach. Jedyna różnicą było to że nie miał okularów i kapelusza; szczerze mówiąc, teraz wyglądał o wiele lepiej. Można było też teraz stwierdzić że ma jakieś 30 lat, może mniej. Spod ciemnych kosmyków włosów opadających na czoło i okalających twarz można było dostrzec jarzące się czerwienią oczy. Jego spojrzenie zatrzymało się na mnie na chwilę. Wampir wykrzywił usta w uśmiechu... a potem zaczął rozwalać zombie wokół nas. Jednym pociskiem sprawiał, że ghoul rozsypywał się w drobny pył. Ruchy miał szybkie i precyzyjne, mój ludzki wzrok nie był w stanie za nimi nadążyć.
- Nie, to niemożliwe… - mamrotał Przywódca, całkiem skonfundowany – Dlaczego..?
- To kule zrobione ze stopu srebrnych krzyży z katedry Lanchester – wyjaśnił Alucard gdy wykończył ostatniego zombie i zwrócił się ku nam. – To najsilniejsza i najskuteczniejsza broń przeciwko wampirom, nawet tym najstarszym, no.. z pewnymi wyjątkami - przeczesał dłonią włosy.
            Wyczułam, że Wampir przyciągnął mnie mocniej do siebie. Skrzywiłam się i spojrzałam na Alucarda wysyłając mu wzrokiem niemą, niemal błagalną prośbę o ratunek.
- Chcesz ją żywą prawda? – zaczął Przywódca, Alucard obdarzył nas beznamiętnym spojrzeniem – A ja chcę tylko stąd bezpiecznie wyjść. Możemy uniknąć dalszego rozlewu krwi. Ponegocjujmy…
 - Nie mamy o czym dyskutować – stwierdził Szkarłatny Łowca podchodząc bliżej nas i przeładowując pistolet.
- Nie dostaniesz jej żywej w takim razie – syknął Wampir.
            Alucard mierzył nas spojrzeniem, milcząc przez jakiś czas. W końcu uśmiechnął się diabelsko i zapytał:
- Jesteś dziewicą, moja droga?
            Zamurowało mnie. 
- Eee.. – wyjąkałam. Twarz spłonęła mi rumieńcem. Mogę się założyć że wyglądałam w tamtej chwili jak burak albo pomidor schwytany w sidła.
- Spytałem cię o coś i żądam odpowiedzi – znów odezwał się Alucard unosząc  broń.
- Skąd takie pytanie?! – rzuciłam rozpaczliwie.
- Mów – warknął Szkarłatny Łowca, jego oczy błysnęły złowrogo.
- Tak.. – powiedziałam odwracając z zażenowania wzrok – Tak, jestem.
            Wtedy usłyszałam znowu jego głos w swojej głowie.
~~,, Muszę zabić tego parszywego szkodnika trzymającego cię. Niestety postrzelę także i ciebie, nie wiem jednak na ile twoja rana będzie poważna. Spróbujesz się szarpnąć, wyswobodzić, a ja strzelę. Jest szansa, że postrzał dosięgnie cię w małym stopniu, wtedy Cię wyleczę. Ale może też być śmiertelny. Wybieraj więc, mam pozwolić ci wtedy umrzeć czy zmienić cię abyś do mnie dołączyła?  Pamiętaj, w każdym przypadku będziesz musiała iść ze mną, nie mogę pozwolić Ci odejść. Zgadzasz się na warunki?”
            Odetchnęłam. Patrzyliśmy sobie w oczy  a ja rozważałam to co powiedział. Nic nie ryzykuję. Jeśli się nie zgodzę, zginę i tak, i tak, a jeśli przystanę na to co powiedział jest szansa na ratunek mojego życia. Wolno kiwnęłam głową.
            Zaraz po tym gwałtownie szarpnęłam się próbując się wyrwać z uścisku Przywódcy. W tym samym momencie usłyszałam huk wystrzału. Jęknęłam gdy poczułam ból w okolicy obojczyka i ramienia. Trysnęła krew. Przywódca wrzasnął przeraźliwie i rozsypał się w drobny mak a ja bez jakiegokolwiek oparcia zachwiałam się. Zanim upadłam podtrzymały mnie czyjeś silne dłonie. Obraz zaczął mi się zamazywać, ale rozpoznałam czerwone rękawy płaszcza. Nie czułam lewego ramienia, a głowa pulsowała tępym bólem. Poczułam jak Alucard układa mnie na posadzce. Uniósł mi głowę tak bym na niego spojrzała.
- Rana nie jest bardzo poważna, mogę Cię wyleczyć – powiedział. Jego głos słyszałam jakby dochodził spod wody; powoli traciłam przytomność.  – Wybieraj – nachylił się nade mną i wciągnął z lubością zapach krwi – umierasz albo pozwalasz mi cię wyleczyć i idziesz ze mną.
            Chciałam żyć bez względu na warunki jakie postawił. Nie wiedziałam gdzie mnie zabierze, ale w tamtej chwili nie obchodziło mnie to. Ból rozchodzący się od ramienia oszołamiał mnie.
- Zgadzam się – powiedziałam z wysiłkiem, ciężko oddychając – ulecz mnie.. Przystaję na warunki.
- Mądra dziewczynka – zamruczał Alucard i dotknął ustami skóry niedaleko moich warg zlizując z niej krew. Zadrżałam słysząc jego pomruk zadowolenia, kiedy posmakował mojej krwi.
            Wampir wyjął z kieszeni jakąś buteleczkę i szybko wylał parę kropel na ranę. Przymknęłam oczy w chwili słabości. Cholera, runy uzdrowienia bolały już mniej, ten lek piekł, miałam wrażenie że wypala mi skórę zamiast ją leczyć. Za chwilę jednak czułam już tylko przyjemne ciepło. Tkanki zaczęły mi się odbudowywać, a skóra goić. Po paru chwilach rana przestała pulsować tępym bólem. Otworzyłam oczy i spotkałam się ze spojrzeniem Alucarda. Zarumieniłam się - jego oczy były kilka centymetrów od moich. Spróbowałam cos powiedzieć ale nie byłam w stanie, tylko lekko otworzyłam usta.
            Wampir uśmiechnął się a zaraz potem przejechał nosem po mojej szyi.
- Taka delikatna.. – mruknął – Masz zadziwiająco dobrą krew, nigdy się z czymś takim nie spotkałem.. Jak Ci na imię?
- Katy.. – wymamrotałam sennie
- Katherine? – usłyszałam pytanie i już chciałam zaoponować – nienawidziłam tej wersji imienia. Osłabienie jednak zwyciężyło; pozwoliłam powiekom opaść całkowicie. Zanim zasnęłam usłyszałam w głowie:
~~,,zaśnij, będzie mniej bolalo”.
***
            Czułam jak wampir mnie podnosi i otula czymś miękkim i ciepłym. Odpłynąć nie dało mi tylko równomierne kołysanie spowodowane marszem. Gdy poczułam lekki powiew wiatru i usłyszałam dalekie pokrzykiwania oraz huki strzałów, otworzyłam oczy. Zobaczyłam na niebie ogromny czerwonawy księżyc.
- Piękna noc, prawda? – usłyszałam cichy głos Alucarda. – A teraz śpij, jesteś osłabiona.
- Nie, mogę iść sama, czuję się lepiej – zaoponowałam niemrawo, lekko się wyrywając. Mimo wszystko dłuższy bliski kontakt wampira i Nocnego Łowcy zawsze kończy się niechęcią i potrzebą oddalenia od siebie. –  I powiedz teraz gdzie mnie niesiesz. Słyszałeś?  Serio, postaw mnie!
- Milcz głupia! – warknął – Uciszysz się sama czy ja mam to zrobić?
            Mimo wszystko wyrwałam się z jego uścisku. Postawił mnie na ziemi chwytając mocno za ramiona. Popatrzył na mnie ze złością.
 - Co za uparte stworzenie – mruknął gniewnie, czerwień błysnęła w jego oczach.
            Gwałtowna zmiana położenia i ciśnienia spowodowała znów zawroty głowy. Zachwiałam się i oparłam na nim.
- Przepraszam – bąknęłam niechętnie patrząc gdzieś w bok. Jednak potrzebna mi była jego pomoc. Wciąż było mi niedobrze, a ziemia falowała pod moimi stopami.
- Ni wyrywaj się już i milcz – rzucił sucho wampir biorąc mnie z powrotem na ręce. – niosę Cię do Hellsing i do Integry.
            Otworzyłam usta by coś powiedzieć, ale on położył dwa palce na moich powiekach.  Gwałtownie zmorzył mnie sen. 
.
Alucard’s pov
            Niosłem śpiącą dziewczynę do helikoptera Hellsing. Dlaczego ona do cholery ładowała się do tej fabryki? Myślała że zabije Przywódcę? Cud, że przeżyła, że zdołałem ją ocalić. Musiałem ją zabrać, bo dowiedziała się o nas, widziała co potrafię. Jeśli rozpowiedziałaby, że wampir o nieprzeciętnych umiejętnościach działa jako łowca ghouli i innych potworów, zaczęto by coś podejrzewać, węszyć.. Ludzie tacy są, muszą wszystko wybadać, uwielbiają wtykać nos w nie swoje sprawy. Zaszkodziłoby to tajnej organizacji Hellsing.  Poza tym.. Katherine sama w sobie  mnie zaintrygowała. Jej zapach krwi miał w sobie coś z czym jeszcze nigdy się nie spotkałem.. Miałem wobec niej plany. Jednakże to Integra zadecyduje co z nią dalej zrobić. Akurat stała przy namiocie policji. Widząc mnie uniosła brwi i wypuściła tytoniowy dym z ust. Zmierzyła wzrokiem mnie oraz dziewczynę w moich ramionach i powiedziała:
- Myślałam, że wiesz co robić. Nie sądziłam że muszę rozkazywać Ci nawet w przypadku tak błahych spraw.  Zanieś ją do namiotu lekarskiego i oczyść pamięć.
- Ona idzie z nami. – oświadczyłem a Integra otworzyła szerzej oczy patrząc na mnie podejrzliwie – To była jej decyzja. I poniekąd konieczność, opowiem ci wszystko w Hellsing.
- Jak chcesz, Alucardzie. Jeśli to jej decyzja to nie mogę zaoponować, a co do owej konieczności.. Czekam na szczegóły.